Jacek Krzynówek: Skoro nie przegraliśmy w Portugalii, to gdzie mamy polec?

Mam nadzieję, że to nie jest mój ostatni gol w tych eliminacjach - mówił po meczu szczęśliwy strzelec wyrównującego gola dla Polski, Jacek Krzynówek.


Nowe Wembley polskiej drużyny?

Jacek Krzynówek: Ciężko się gra przeciwko takim zawodnikom i takiej drużynie. Oni potrafią robić z piłką wszystko, co pokazali w drugiej połowie. Ale z Portugalią zdobyliśmy w sumie cztery punkty. Więcej niż z Armenią (śmiech). Dziś Portugalia, w środę Finlandia, a potem... mam nadzieję, że będzie z górki. O awans wciąż walczą cztery drużyny, a my zagramy w Helsinkach tak, jakby to był nasz mecz ostatniej szansy.



W pierwszej połowie Polska grała tak, jak powiedział Michał Żewłakow. Czyli jak pies ogrodnika. Sami niewiele mogliście zdziałać i nie pozwoliliście Portugalii.

- Graliśmy dobrze indywidualnie i jako zespół. Trzymaliśmy Portugalię daleko od bramki, poza poprzeczką Ronaldo nie mieli sytuacji. My mogliśmy strzelić więcej goli. Okazję miał Ebi. Przeciwko Portugalii, na jej boisku, nie stwarza się za wielu sytuacji. Nam się udało, dwie wykorzystaliśmy.

Dlaczego drugą połowę zaczęliście słabo?

- Wiedzieliśmy, że Portugalia się na nas rzuci i będzie chciała odrobić straty. Za szybko im się to udało. Potem było jeszcze kilka spięć pod naszą bramką. Oni opanowali sytuację, zdobyli drugiego gola. My nie mieliśmy swoich szans. Kiedy przegrywaliśmy, do końca zostało niewiele ponad kwadrans. Pokazaliśmy, że fizycznie jesteśmy przygotowani, potrafimy uratować remis w 87. minucie.

Leśne dziadki, jak pan powiedział o sobie po meczu w Moskwie, nie dają się. To pana czwarty gol w eliminacjach. Jak daleko do awansu?

- Cztery mecze czyli niewielkie kroki. Naprawdę małe, ale one są właśnie najtrudniejsze. Te decydujące o sukcesie punkty. O nie będzie najtrudniej. Ale, skoro nie przegraliśmy w Portugalii, to gdzie mamy polec? Odpowiedzialność na tych starszych zawodnikach spoczywa w każdym meczu. Staramy się temu sprostać.

Jak, skrzydłowemu gra się w środku?



- Trudno. Ciężko mi się przestawić, spełniać zupełnie inną rolę niż jestem przyzwyczajony. Ameryki nie odkryję, rozgrywającym nie jestem. To, co trener każe, staram się robić najlepiej jak potrafię. I się udaje.

Gol dodał panu skrzydeł. W 92. min wykonał pan sprint na połowie rywala, między obrońcami, jakby mecz dopiero się zaczął.

- W dużej euforii byłem. Gol i takie uderzenie dodało mi energii. Przypomniałem sobie jak przed meczem z Portugalią w Chorzowie trener powiedział nam, że jeśli ktoś w końcówce meczu strzeli gola przy stanie 0:0, to w ostatnich minutach będzie nie do zatrzymania. Tam scenariusz był inny, w Lizbonie sprawdził się co do joty. Biegać mogłem jeszcze dłużej.

Kiedy schodził Maciej Żurawski, miał pan wątpliwości, kto ma wziąć opaskę kapitana. Pytał pan trenera.

- No tak, bo w Moskwie po zejściu Maćka wziął ją Darek Dudka. Dlatego się pytałem. Trener powiedział, żebym ja ją założył. Poczułem się wyróżniony i doceniony. To dla mnie zaszczyt być kapitanem reprezentacji Polski.

Czy to najważniejszy pana gol w karierze?

- Okaże się po skończeniu kariery (śmiech).

To pana czternasta bramka w kadrze.

- I bardzo dobrze! Bałem się trochę, że zostanę na tych trzynastu. Skoro jest następny, to mam nadzieję, że nie ostatni w tych eliminacjach.