Sprawdź, czy nie jesteś piratem

W tle wielkich sporów politycznych rząd i parlament pracują nad ustawą, która dotyczy spraw bliskich każdemu z nas. Nowelizacja ustawy o prawie autorskim będzie wiązać się z tym, co nam wolno, a czego nie wolno podczas oglądania filmu czy słuchania muzyki
Warto się przyjrzeć tym projektom choćby po to, by potem nie mieć zdumionej miny, gdy do drzwi zapuka policja.

Przesada? Niezupełnie. W kwietniu Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zaproponowało nowelizację zakładającą m.in. karę roku więzienia za posiadanie programów komputerowych pozwalających na obchodzenie zabezpieczeń służących kontrolowaniu korzystania z utworu.

W praktyce oznaczało to, że przestępcą stawał się każdy, kto przerzucił własną, legalnie zakupioną płytę DVD na twardy dysk komputera albo skonwertował zakupioną płytę do jednego z popularnych formatów obsługiwanych przez przenośne odtwarzacze typu iPod. Na szczęście ten zapis zniknął w kolejnych wersjach ustawy, nie oznacza to jednak, że nie wróci później, bo bardzo na tym zależy lobby wydawców fonograficznych i filmowych.

Bezpośrednim powodem nowelizacji jest dyrektywa 2004/48 Parlamentu Europejskiego obowiązująca wszystkie kraje Unii. Dyrektywa, wychodząc z założenia, że brak ochrony własności intelektualnej prowadzi do spadku kreatywności i innowacyjności, wzywa członków UE do modyfikacji prawa, tak by lepiej chroniło autora i wynalazcę.

Polaków może to zaskoczyć, bo dwa lata temu dokonywaliśmy pośpiesznej nowelizacji prawa autorskiego - też mającej dostosować do prawa unijnego interesy posiadaczy praw autorskich.

W tamtej nowelizacji zmieniono brzmienie artykułu 23. definiującego "dozwolony użytek własny". Poprzednia ustawa z roku 1994 określała to jako nieodpłatne korzystanie z utworu w kręgu "osób pozostałych w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub stosunku towarzyskiego".

Oznaczało to, że zgodne z prawem jest wypalenie płytki dla przyjaciela. Nielegalne było tylko handlowanie kopiami na bazarze. Nowelizacja z roku 2004 dodała wzmiankę o "pojedynczych utworach", za sprawą której wypalenie przyjacielowi kopii przestało być legalne (dalej legalne jest nieodpłatne pożyczenie płyty).

Pojęcie "dozwolonego użytku własnego" ma długą historię i niepewną przyszłość. Jak objaśniano je przez lata, bierze się z tego, że przepis nakazujący każdorazowo pytać autora o zgodę na odtworzenie utworu byłby nieprzestrzegany i niemożliwy do egzekwowania.

Był jednak zawsze wyjątek, jakim są projekty architektoniczne. Dozwolony użytek pozwala nam pożyczyć od kolegi książkę, ale nie pozwala zbudować domu na podstawie pożyczonego od niego projektu. Powód, dla którego prawo czyni ten wyjątek, jest prosty - powyższa niemożność w tym wypadku nie zachodzi. Można egzekwować przepis nakazujący każdorazową prośbę autora o wykorzystanie jego dzieła - i dlatego ustawodawca taki przepis przewidział.

W miarę powszechnego przechodzenia na nośniki cyfrowe ta niemożność zanika. Jeśli kupiliśmy w sklepie płytę, faktycznie nie da się egzekwować każdorazowego pytania autora o zgodę na odtworzenie. Jeśli jednak kupiliśmy plik w sklepie istniejącym tylko w sieci - taka możliwość już istnieje i nazywa się DRM.

DRM to skrót od "digital rights management" - "cyfrowe zarządzanie prawami". Najczęściej wiąże się to ze stosowaniem jakiegoś sposobu szyfrowania pliku muzycznego czy filmowego i kontrolowaniem dostępu do kluczy pozwalających odczytać szyfr.

Pierwszym szeroko stosowanym systemem DRM była kontrola regionalna odtwarzaczy DVD. Odtwarzacz kupiony w Japonii nie może grać płyty kupionej w UE - przy czym w odróżnieniu od dawnych czasów, w których takie różnice częściowo były uzasadnione technicznymi różnicami w systemach PAL, SECAM i NTSC, tutaj ograniczenie bierze się z wymuszonej przez koncerny filmowe na producentach sprzętu sztucznej blokady.

Istnieją programy komputerowe pozwalające te blokady ignorować - są obecnie w Polsce legalne, ale pierwsze projekty ustawy przewidywały karę roku więzienia za posiadanie takiego odtwarzacza i trzech lat za ich sprzedawanie.

W USA są nielegalne od roku 1998, gdy przyjęto "ustawę o prawach autorskich w cyfrowym milenium" (DMCA). Ustawa zakazuje prób obchodzenia cyfrowych zabezpieczeń, przewiduje jednak jednocześnie, że biblioteka Kongresu USA będzie ogłaszać listę czynności wyjętych spod działania tej ustawy.

Zgodnie z tą listą legalne jest obchodzenie zabezpieczenia płyty celem zaprezentowania filmu studentom w szkole filmowej albo zrzucenie zawartości płyty dźwiękowej do przenośnego odtwarzacza.

Ustawa krytykowana jest na całym świecie za surowość. Jednocześnie koncerny elektroniczne, fonograficzne i filmowe były nią zachwycone. Nieprzypadkowo, chociaż w badaniach nad tworzeniem formatów plików medialnych początkowo przodowały Europa i Japonia (popularny format MP3 chroniony jest europejskimi patentami obowiązującymi do 2010 roku), to w USA po raz pierwszy ruszyły na większą skalę sieciowe sklepy sprzedające muzykę i filmy.

Takie sklepy wcielają w praktykę to, co kiedyś uważano za niemożliwe - każdorazowe pytanie posiadacza praw autorskich o zgodę na korzystanie z utworu. Najpopularniejszy sklep tego typu - iTunes Music Store - pozwala użytkownikowi na słuchanie muzyki tylko na pięciu komputerach (zanim odtwarzacz odszyfruje plik, najpierw wysyła do centrali pytanie, czy dany komputer nie jest na "czarnej liście").

Inny sklep - Napster Music Store - co miesiąc sprawdza, czy użytkownik komputera opłacił abonament. Wystarczy jedno spóźnienie i cała muzyka ściągnięta na dysk i przenośne odtwarzacze przestaje działać.

Konsument stoi wtedy na straconej pozycji. Piosenki i filmy, które kupił w wirtualnym sklepie, mogą w każdej chwili być "zdeaktywowane" na podstawie widzimisię sprzedawcy. Wystarczy niesprawność systemu komputerowego lub błąd operatora.

Co więcej, na żądanie koncernów muzycznych iTunes Music Store ograniczył liczbę płyt kompaktowych, jakie wolno wypalić użytkownikowi z tym samym zestawem utworów (z dziesięciu do siedmiu).

Kilka lat temu sklepy tego typu zaczęły wreszcie działać poza USA, ale w Europie natychmiast natrafiły na problemy prawne. Rzecznicy praw konsumentów w krajach skandynawskich rozpoczęli w czerwcu batalię z Apple na podstawie skargi norweskiej rady konsumentów.

Francuski parlament zaś uchwalił w tym samym czasie projekt ustawy DADVSI z jednej strony przewidującej kary za obchodzenie zabezpieczeń, z drugiej jednak żądający od sprzedawców uwzględnienia praw konsumentów m.in. do swobodnego wyboru odtwarzacza (w tej chwili firmy mogą używać DRM do utrudniania klientom iTunes Music Store używania odtwarzaczy innych niż iPod).

Ustawa czeka na rozpatrzenie przez francuski trybunał konstytucyjny. Nierozstrzygnięte są też spory prawne w krajach skandynawskich. Polscy posłowie, uchwalając nowelizację ustawy, nie mogą się więc opierać na precedensowych orzecznictwach.

W obecnym kształcie nowelizacja ustawy zmierza nie tyle w kierunku karania za posiadanie oprogramowania, co ułatwienia ścigania naruszeń własności intelektualnej. Dla osób, którym zdarza się czasem coś ściągnąć z internetu, ważną informacją będzie to, że nowelizacja przewiduje instytucję rekompensaty finansowej dla poszkodowanego. Dotąd poszkodowany mógł tylko wnieść pozew cywilny przeciw ewentualnemu piratowi - długotrwały i często nieopłacalny. Teraz procedury będą prostsze i szybsze i należy się spodziewać, że przypadki piractwa będą ścigane znacznie częściej.

Nowelizacja nie przewiduje kary za samo posiadanie programów do przełamywania zabezpieczeń - wygląda na to, że w kwestii dozwolonego użytku wszystko zostanie po staremu. Wydaje się, że po kolejnych poprawkach nowelizacja wreszcie osiągnęła rozsądny kompromis między autorami i odbiorcami. Odbiorcy w ramach własnego użytku mogą z utworem robić, co chcą, za to autorzy zyskają narzędzia prawne pozwalające skutecznie ścigać prawdziwych piratów.