Czy TP SA musi schudnąć jeszcze bardziej?

TP SA zamierza zredukować zatrudnienie w ciągu trzech lat o 5,7 tys. osób. - To tylko szansa, by dogonić drugi najmniej efektywny telekom w Europie węgierski Matav - twierdzą analitycy
Największy polski operator poinformował o podpisaniu umowy społecznej z większością związków zawodowych. Pozostałe mają podjąć decyzje jeszcze w tym tygodniu. Wiadomo już, że nie dojdzie do zwolnień grupowych, a pracownicy skorzystają z programu dobrowolnych odejść, inkasując średnio po 40-55 tys. zł.

Po dwóch latach stabilizacji zatrudnienia w TP SA wraca problem jego redukcji. Na początku bieżącej dekady liczba pracowników w całej grupie spadła do 33,5 tys., czyli blisko o połowę. Redukcje - podobnie jak obecnie - dotknęły wówczas tylko część koncernu zajmującą się stacjonarną telefonią i internetem. Należąca do TP SA sieć komórkowa Orange (wcześniej Idea) rozwija się bowiem bardzo dynamicznie.

- Redukcja zatrudnienia to dobra wiadomość dla spółki. Obawiałem się, że zarząd będzie zbyt miękki i decyzje zapadną nieprędko. Nowy prezes mówił przecież niedawno, że najpierw musi się przyjrzeć firmie, co sugerowało spowolnienie procesu zwolnień - mówi Paweł Puchalski, analityk DM BZ WBK.

Ale jego zdaniem skala redukcji jest za mała. I pozwoli co najwyżej dogonić węgierskiego operatora Matav, który zajmuje drugie miejsce od końca w rankingu efektywności firm telekomunikacyjnych w Unii. Najgorsza jest TP SA.

Przedstawiciele TP SA tłumaczą, że redukcje zatrudnienia mają związek z decyzjami szefowej Urzędu Komunikacji Elektronicznej Anny Streżyńskiej, która szybko liberalizuje rynek i naciska na obniżki opłat pobieranych przez TP SA od klientów i innych operatorów. Decyzje Streżyńskiej mogą kosztować TP SA utratę części przychodów. Np. konkurenci mogą przejmować obsługę połączeń telefonicznych wraz z abonamentem. Z kolei klienci giganta korzystający z Neostrady już w połowie lutego nie będą musieli płacić dodatkowo za abonament telefoniczny. Szefowa UKE bez skrępowania szafuje przy tym wysokimi karami. Ostatnia opiewała na 100 mln zł.

Zdaniem Krzysztofa Kaczmarczyka, analityka Deutsche Banku, skala redukcji jest rozczarowująca i nie wystarczy, by utrzymać w kolejnych latach zyskowność powyżej 2 mld zł. - Te 5,7 tys. osób powinno odejść w ciągu roku, półtora, a nie w ciągu trzech lat. W dłuższym terminie, czterech, pięciu lat, należałoby zredukować zatrudnienie o połowę. Wymagałoby to sporych nakładów inwestycyjnych w sieć nowej generacji opartą o protokół IP - mówi Kaczmarczyk. - Nie wykluczałbym renegocjacji umowy społecznej, gdyż TP SA odczuje niebawem boleśnie zmiany otoczenia rynkowego - dodaje.

Zdaniem Kaczmarczyka niepokojące jest, że jedna dziesiąta pracowników, skupiona w komórkowym Orange, wypracowuje aż 35 proc. zysku całej grupy.

Deutsche Bank zakłada, że TP SA w związku z redukcją zatrudnienia obędzie musiała w bieżącym kwartale utworzyć rezerwy w wysokości aż 300-350 mln zł. Z kolei Paweł Puchalski z DM BZ WBK ocenia je na 230-250 mln zł. - Ale oszczędności w dłuższym terminie wyniosą co najmniej 300 mln zł rocznie - mówi.

Nie tylko TP SA cierpi na przerosty zatrudnienia. Również Netii i Dialogowi, które zatrudniają po około 1,2 tys. osób, daleko do najlepszych telekomów europejskich, choć ich niska efektywność wynika w dużej mierze z tego, że są zbyt małe, a muszą utrzymywać infrastrukturę w różnych regionach Polski. - Najlepiej gdyby te firmy się połączyły. Wtedy spokojnie mogłyby zredukować zatrudnienie co najmniej o jedną trzecią - dodaje Krzysztof Kaczmarczyk.