Jak wybieralismy prezydenta Warszawy i radnych

Warszawiacy czekali na głosowanie w zawijanych kolejkach. W trzech komisjach było wyjątkowo tłoczno - kandydaci do ratusza przyciągnęli tłumy fotoreporterów
Marcinkiewicz z synami

- Czego oni ode mnie chcą? - dziwiła się pani Anna, gdy kilkudziesięciu reporterów zaczęło jej robić zdjęcia. - Nic. Próbują flesze. Zaraz tu będzie Marcinkiewicz - odpowiedział jej mąż.

Tak tłoczno było przed południem tłoczno w śródmiejskiej podstawówce przy ul. ks. Skorupki. W jednej z dwóch ulokowanych tu komisji o godz. 12.05 głosował Kazimierz Marcinkiewicz. A z nim jego dwaj synowie. Wszyscy są zameldowani przy ul. Wilczej.

Kandydat PiS na prezydenta Warszawy był stremowany. Zgodnie z życzeniem fotoreporterów cztery karty głosowania rzucał po jednej. Urnę zablokował na prawie minutę.

Zapytaliśmy 12 osób, na kogo oddały swój głos. Połowa, wśród nich emerytka pani Hanna, wybrała Marcinkiewicza. - No, przecież baba nie może rządzić Warszawą - tak uzasadniła swój wybór.

Starszy pan, który przyszedł zagłosować na PiS z żoną, nie krył, że nie ma idealnego kandydata. - Wybrałem mniejsze zło - wyznał. - Nie mów tak! - strofowała go żona. - Przecież Kazimierz najbardziej nadaje się do rządzenia. Jest przystojny, był premierem, na pewno zna się na sprawach budowlanych.

Pięć osób postawiło na Hannę Gronkiewicz-Waltz. - Tylko kobiety powinny rządzić Polską. W końcu byłby porządek - przyznał straszy pan w berecie. - Ona się już dała poznać z dobrej strony.

Jedna osoba na fotelu prezydenckim stolicy widziałaby Marka Borowskiego. - On jest z Warszawy - podkreśliła kobieta.

A na kogo głosował Kazimierz Marcinkiewicz? - Chyba nikt nie ma wątpliwości - odparł uśmiechnięty.

Gronkiewicz-Waltz może liczyć na swoich

Sąsiedzi Hanny Gronkiewicz-Waltz postanowili głosować właśnie na nią. - Ale tu nie chodzi lokalny patriotyzm - zapewniali.

W Międzylesiu, gdzie mieszka kandydatka PO do ratusza, stoją głównie domy jednorodzinne - od małych parterowych po ogromne wille z wieżyczkami. Jest też kilka pojedynczych bloków. Tak jak zwykle okoliczni mieszkańcy mogli głosować w szkole przy ul. Pożaryskiego. Pierwszy z nich pojawił się w niej już o godz. 6.02.

Gdy ok. godz. 12.30 w lokalu wyborczym pojawiła się Hanna Gronkiewicz Waltz, zwykli mieszkańcy przez kilka minut w ogóle nie mogli dopchać się do urny. - Po co robić tyle zamieszania? Tu chyba uprawiają jakąś agitację - komentowała starsza kobieta na widok tłumu fotoreporterów.

Wśród sąsiadów Hanna Gronkiewicz-Waltz miała jednak duże poparcie. - Głosowałam na naszą sąsiadkę. Wierzę, że może ona przysłużyć się jakoś miastu. Powinna być skuteczna - powiedziała nam Helena Dominikowska. Inni liczą zaś, że Hanna Gronkiewicz Waltz wpłynie na rozwiązanie ich lokalnych problemów. Kandydatka PO tuż po wyjściu z punktu wyborczego rozmawiała z jedną z mieszkanek o kanalizacji, której sieć na terenie Wawra jest wciąż rzadka. Inni poparli ją ze względu na swoje przekonania. - W głosowaniu postąpiłem jak lokalny patriota, ale tu nie o to chodziło. Stawiam na liberalnych polityków - stwierdził student Rafał. Zapytaliśmy w sumie dziesięć osób wychodzących punktu wyborczego w szkole Międzylesiu, jak głosowali. Siedmioro z nich wybrało swoją sąsiadkę. Dwóch postawiło na Kazimierza Marcinkiewicza, a jeden na Marka Borowskiego. - Pani Gronkiewicz może jest sympatyczna, ale postawiłem na byłego premiera. To jest chyba lepsze dla Warszawy, gdy jej prezydent i szef rządu są z jednej partii. Dostaniemy więcej pieniędzy z Unii - przekonywał Roman Kaliński, emeryt.



Sąsiedzi Borowskiemu wbrew

W przedszkolu na ul. Przy Bernardyńskiej Wodzie na Sadybie głosowali Marek Borowski z żoną Haliną. Przed godz. 10 byli jednymi z nielicznych wyborców. Kiedy fotoreporterzy odstąpili w końcu od kandydata centrolewicy do ratusza, zaczepiła go Lucyna Bogdanowicz. Widziała go z okien swojego bloku przy Korczyńskiej i w cienkiej kurtce wybiegła na zewnątrz. - Mam nadzieję, że pana wybiorą! - powiedziała. Zanim Marek Borowski doszedł do domu, uścisnął rękę wielu sąsiadom i sympatykom.

Jednak większość i starszych, i młodszych sadybian, których spotkaliśmy rano, twierdziła, że Borowski nie jest ich kandydatem. - Wiem, że tu mieszka, i kilka razy widziałem go na osiedlu, ale kontakt z nim jest raczej telewizyjny. Szanuję go jako człowieka, ale zagłosuję na kogo innego - mówił pan po pięćdziesiątce. 30-latka spacerująca z psem podobnie jak większość jej znajomych wybrała PO. A starsza pani obruszyła się na dźwięk nazwiska Borowskiego. - On? Moim kandydatem? Skądże znowu! Ja jestem wyborcą jeszcze przedwojennym. I od 77 lat czekam na ten obiecywany przez nich dobrobyt - denerwowała się.

Więcej o: