Poczta: list priorytetowy może iść nawet rok

Biznesmen z Zamościa stracił szansę na 500 tys. zł unijnej dotacji, bo poczta o tydzień spóźniła się z doręczeniem listu priorytetowego. Poczta tłumaczy, że list priorytetowy może iść nawet rok
Janusz Poterucha jest właścicielem przedsiębiorstwa eksportowo-importowego Mar-Jo w Zamościu. Handluje dziecięcymi ubrankami. W ub. roku postanowił wybudować nowoczesny magazyn za 1 mln zł. Połowę tej sumy chciał dostać z unijnego programu na rozwój firm.

Biznesmen wydał kilkanaście tysięcy złotych na doradców i napisał wniosek do Lubelskiej Agencji Rozwoju. To regionalna instytucja pośrednicząca w przekazywaniu unijnych pieniędzy.

Swój wniosek Poterucha wysłał listem priorytetowym 3 stycznia - trzy dni przed ostatecznym terminem. Taki list - jak podaje poczta - powinien trafić do adresata następnego dnia. Trafił po tygodniu. Agencja musiała odrzucić wniosek z przyczyn formalnych i nie pomogły tłumaczenia, że zawiniła poczta. Zgodnie z procedurą decyduje data wpływu wniosku, a nie stempel pocztowy z datą nadania. - Nie możemy czekać, aż wpłyną wszystkie zaległe wnioski. Wtedy jeszcze bardziej narzekano by na przeciąganie spraw - mówi Mirosław Marek, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, która odpowiada za wypłatę unijnych funduszy.

Poterucha wynajął prawnika i w przyszłym tygodniu podaje pocztę do sądu. Będzie się domagał od niej 500 tys. zł. Ale pocztowcy twierdzą, że przyjmując list priorytetowy, niczego nadawcy nie gwarantują. - My jedynie deklarujemy, że przesyłka dotrze w określonym czasie i ponad 80 proc. listów priorytetowych rzeczywiście dociera. Ale nie gwarantujemy, że tak będzie. Prawo nas do tego nie zobowiązuje - tłumaczy rzecznik Poczty Polskiej Radosław Kazimierski. Mało tego, prawo nie zobowiązuje poczty do dostarczania listu priorytetowego nawet w ciągu miesiąca czy roku.

Jeśli taki list zaginie, poczta zwraca maksymalnie pięćdziesięciokrotność pobranej za wysyłkę opłaty. W przypadku listu priorytetowego (koszt wysłania 4,20 zł) jest to 210 zł. - Mogę tylko powiedzieć przepraszam. Pan Janusz ma prawo wytoczyć nam proces cywilny, a my będziemy czekać na wyrok sądowy - mówi Kazimierski. W historii Poczty Polskiej nie przypomina sobie podobnego procesu.