Dzięki PiS telefonami rządzi p.o.

Prawo i Sprawiedliwość obiecywało w kampanii wyborczej zwiększenie konkurencji na rynku telekomunikacyjnym i obniżki cen usług. Na razie nic z tego nie wyszło. Świetnie za to wyszedł paraliż Urzędu Komunikacji Elektronicznej, który bez szefa nie może zrobić nic.
W kampanii wyborczej politycy PiS powtarzali, że ceny usług telekomunikacyjnych należą w Polsce do najwyższych w Unii (zwłaszcza w porównaniu z naszymi płacami). Do programu gospodarczego wpisano: zwiększenie konkurencji w telekomunikacji, obniżenie cen, upowszechnianie szerokopasmowego internetu (pod tym względem zajmujemy w Unii przedostatnie miejsce - patrz obok). Ten odważny plan przygotowała ekspertka PiS od telekomunikacji Anna Streżyńska. Było jasne, że w przypadku sukcesu wyborczego to ona zostanie szefem nowego urzędu, który będzie zmieniał polski rynek telekomunikacji.

Sposób na czerwonego Grabosia

Zaraz po wyborach Streżyńska wylała miód na nasze serca. Ogłosiła, że użytkownicy telefonii komórkowej, stacjonarnej i internetu będą mogli oszczędzić łącznie 2-4 mld zł rocznie. Suma astronomiczna.

PiS od lat krytykował Urząd Regulacji Telekomunikacji i Poczty oraz jego szefa o SLD-owskim rodowodzie Witolda Grabosia. Argumenty były trafne: urząd działa wyjątkowo opieszale, nie wspiera konkurencji, nie robi nic, żeby spadły ceny połączeń, na czym zyskuje głównie TP SA. Po wygranych wyborach szybko i sprytnie PiS pozbyło się "czerwonego" Grabosia, nowelizując ustawę medialną. URTiP został rozwiązany, powołano nowy Urząd Komunikacji Elektronicznej (PiS nie był tu oryginalny - SLD zrobiło ten sam manewr kilka lat wcześniej).

Niestety, po tym ruchu zapał rewolucyjny PiS jakoś ostygł. Od ponad trzech miesięcy nowy urząd nie ma szefa! I nie wiadomo, jak długo przyjdzie nam na niego czekać. Jest tylko p.o. prezesa urzędu, tę funkcję pełni Anna Streżyńska (odpowiedzialna za telekomunikację wiceminister transportu i budownictwa). Podobnie jest zresztą w licznych spółkach z udziałem skarbu państwa, gdzie PiS wyrzucił SLD-owskich prezesów i zainstalował licznych p.o.

Problem w tym, że Urząd Komunikacji Elektronicznej bez prezesa nie może podjąć żadnych poważniejszych decyzji. Prawnicy TP SA przy okazji jednego ze sporów z UKE uzyskali w sądzie potwierdzenie, że p.o. szefa urzędu "nie jest organem administracji państwowej władnym do występowania przed sądem lub udzielania pełnomocnictw procesowych". Każda decyzja p.o. może zostać natychmiast zaskarżona i uchylona przez sądy. Streżyńska jako p.o. ma więc masę pomysłów i związane ręce. W dodatku okazało się, że Jarosław Kaczyński na szefa UKE wcale jej nie chce.

Krajowa Rada też bez szefowej

Jak doszło do paraliżu? Najpierw na wniosek Ligi Polskich Rodzin PiS zgodził się na dość karkołomny sposób wyboru prezesa UKE. Otóż ma go wskazywać premier, ale nie dowolnie. Wybiera spośród trzech kandydatów zgłoszonych mu przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji. Po co taka komplikacja? Najpewniej chodziło o wpływ na obsadę kolejnego prezesa UKE za pięć lat. Premier może się zmienić, ale nie członkowie Krajowej Rady z PiS i LPR - ich kadencja trwa aż sześć lat.

W efekcie Krajowa Rada - instytucja mająca pieczę nad rynkiem medialnym - wybiera kandydatów na szefa UKE, który nadzoruje wielokrotnie większy rynek telekomunikacyjny, wart lekko licząc 50 mld zł rocznie. To tak jakby np. Stowarzyszenie Hodowców Kanarków nagle zyskało prawo do obsadzania stanowiska ministra rolnictwa.

Krajowa rada swoich kandydatów nie wskazała do dziś. Najpierw musiała się ukonstytuować, a do tego doszło z opóźnieniem. Potem zaś UKE stał się zakładnikiem w grach między uczestnikami tzw. paktu stabilizacyjnego. LPR i Samoobrona zażądały przeprowadzenia konkursu, który opóźnił procedurę. Do konkursu zgłosiło się ponad 20. osób. W większości mało znanych, u których raczej trudno dopatrzyć się kwalifikacji na nadzorcę gigantycznego rynku telekomunikacyjnego. Zgłosiła się też Streżyńska dysponująca poparciem premiera Marcinkiewicza. Ale Krajowa Rada niebawem ogłosiła, że do drugiego etapu konkursu, czyli bezpośrednich rozmów, zakwalifikowała dziewięć osób... bez Streżyńskiej. Dlaczego zabrakło czołowej ekspertki PiS od telekomunikacji i autorki radykalnej strategii partii? Nieoficjalnie: szef PiS Jarosław Kaczyński jej nie ufa. Poza tym - jak powiedział mi jeden z działaczy PiS - Streżyńska ma skazę na życiorysie, bo współpracowała z liberalnym Instytutem Badań nad Gospodarką Rynkową w Gdańsku. A przecież jego współzałożycielem był Janusz Lewandowski z PO.

To nie koniec komplikacji z wyborem szefa UKE. W wyniku werdyktu Trybunału Konstytucyjnego Krajowa Rada też nie ma szefowej. Część prawników uważa, że każda decyzja tego ciała dowodzonego przez Elżbietę Kruk może być uznana w sądzie za nielegalną. A więc i wybór trzech kandydatów na prezesa UKE.

Każdy dopłaca 10 zł

UKE powinien jak najszybciej zmusić TP SA, żeby zaczęła udostępniać swoje łącza innym graczom na rynku telekomunikacyjnym. Pozwoliłoby to mniejszym firmom oferować nam tańszy internet i połączenia. Klienci TP SA mogliby też zrezygnować z abonamentu tej firmy i wybrać inną, tańszą ofertę. Właściciele komórek też poczekają na pojawienie się nowych firm, bo UKE bez szefa nie może nałożyć na obecnych operatorów obowiązku udostępnienia innym własnej sieci. Nie może też rozstrzygnąć trwającego przetargu na kolejne sieci komórkowe GSM. Polsce grożą procesy przed unijnym trybunałem w Strasburgu. Nie dostarczyliśmy bowiem Brukseli analiz odnośnie do rynku telekomunikacyjnego - dopiero wówczas urząd może ustalić, którzy operatorzy mają na polskim rynku tzw. pozycję znaczącą i wpływać m.in. na poziom cen usług.

Niezależni operatorzy zrzeszeni w Krajowej Izbie Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji (KIGEiT) szacują, że każdy miesiąc zwłoki w działaniu UKE to 10 zł mniej w kieszeni statystycznego klienta.

Wiadomo, gdzie te pieniądze pozostaną. Bank inwestycyjny ING wydał niedawno pozytywną rekomendację "trzymaj" dla TP SA, wyznaczając cenę docelową dla akcji na 23,40 zł. Bank stwierdził, że "przynajmniej w krótkiej perspektywie korzystne są opóźnienia w wyborze prezesa UKE i, co za tym idzie, opóźniająca się deregulacja rynku telekomunikacyjnego. (...) Możliwe, że wybór nowego regulatora może zająć jeszcze tygodnie, a nawet miesiące. To dobra wiadomość dla TP SA".