Tragedia na warszawskim przystanku autobusowym: pięć osób nie żyje

To był koszmar: Pędzący ponad 100 km na godzinę ford focus dosłownie zmiótł stojących na przystanku ludzi. Zginęło pięć osób. Kierowca wyszedł z tej tragedii cało.
Dramat rozegrał się w piątek tuż przed godz. 7 w Warszawie. Tuż przy zjeździe z mostu Grota-Roweckiego w kierunku Bródna. Wszystko wskazuje na to, że przyczyną wypadku była brawura 29-letniego kierowcy.

- Szedłem na przystanek. Przesiadam się tam codziennie rano, jadąc do pracy. Tam było dziesięć, może kilkanaście osób. Nagle usłyszałem huk i zobaczyłem, jak focus rozbija barierkę i spada z wiaduktu. Jakieś pięć-sześć metrów. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego. Wóz runął w dół. Razem z nim ludzie. Widziałem, jak spadają, jak z całym impetem uderzają o ziemię. Szok. Bałem się podejść. Bałem się zobaczyć, co im się stało i jak wyglądają - opowiada nam roztrzęsiony Krzysztof W. z Legionowa.

Na pomoc rannym ruszyli przechodnie i inni kierowcy. Kilka minut później na miejscu były też cztery ekipy reanimacyjne pogotowia.

Spadał z ludźmi na masce

- Ford zmiótł tych ludzi z przystanku. Razem z nimi na masce, wyrwał całą barierkę ochronną - mówi jeden z ratowników biorących udział w akcji. - Dwie osoby - kobieta (Beata K., 40 l.) i mężczyzna (Sławomir Ch. 45 l.) - zginęły na miejscu. Jedną reanimowaliśmy (Waldemar M., 47 l.). Bez rezultatu - tłumaczy.

Do szpitala trafiło czworo rannych. Wkrótce jeden z mężczyzn zmarł (Sławomir K., 26 l.). Ok. godz. 14.30 zmarła 22-letnia Dorota D., najciężej poszkodowana w wypadku. Jak ustaliliśmy, była prawdopodobnie córką jednego z warszawskich policjantów.

- Siła uderzenia była tak wielka, że w promieniu kilkudziesięciu metrów policjanci odnaleźli porozrzucane części pojazdu i fragmenty przystanku - mówi Wojciech Pasieczny, ekspert wydziału ruchu drogowego Komendy Stołecznej Policji. - Dwie osoby siłą uderzenia zostały odrzucone na odległość 30 metrów.

Policja podejrzewa, że auto musiało pędzić przynajmniej 120 km na godz. O tym, że ford jechał ponad setkę, informował jeden z jadących za nim kierowców.

Chronią go przed linczem

Kierowca focusa, 29-letni Mikołaj P., wyszedł z samochodu o własnych siłach. Rano jechał samochodem ojca do firmy farmaceutycznej na ul. Chełmżyńskiej, gdzie pracował jako kontroler. Nie odniósł poważniejszych obrażeń. Stwierdzono u niego pęknięcie kilku żeber i szok powypadkowy. Był trzeźwy. Prawo jazdy miał od dziesięciu lat. Początkowo nie docierało do niego, co się stało. W radiowozie trząsł się. Tłumaczył, że podczas wyprzedzania lewym pasem trasy zahaczył kołem o krawężnik, stracił panowanie nad autem i rzuciło go na przystanek. Mężczyzna trafił do szpitala.

- Zostanie tam na trzydniowej obserwacji - zapewnia sierż. Anna Kędzierzawska z Komendy Stołecznej Policji.

Za spowodowanie wypadku z ofiarami śmiertelnymi mężczyźnie grozi nawet do 12 lat więzienia. Prokuratura już wszczęła śledztwo w tej sprawie. Po południu wzmocniono ochronę Mikołaja P. Do policji dotarły bowiem informacje, że zrozpaczone rodziny zabitych mogą próbować wymierzyć sprawiedliwość własnymi rękoma.

W miejscu, gdzie doszło do wypadku, jest ograniczenie prędkości do 40 km na godz.

- To miejsce, gdzie nasza załoga nie może bezpiecznie monitorować ruchu, gdyż na tych wiaduktach nie ma gdzie wystawić posterunku z radarem. Fotoradar byłby najlepszym rozwiązaniem, ale nie mamy takiego - wyjaśnia mł. insp. Jacek Zalewski, naczelnik wydziału ruchu drogowego KSP.

Ponad dwa lata temu władze Warszawy obiecały budowę drogowego systemu monitoringu, który miałby składać się ze 150 kamer. Do dziś jednak nic w tej sprawie nie zrobiono.