Katarzyna i Marek Kamińscy: z córeczką dookoła świata

Podczas gdy inne żony pakują swoim mężom kanapki do pracy, Katarzyna Kamińska przed wyjściem do ?pracy" swojego męża podróżnika Marka Kamińskiego musi mu przygotować sanie i rozsypać do woreczków foliowych kilkadziesiąt porcji kalorycznie dobranego jedzenia (mieszanka mleka w proszku z müsli).
- Ostatnio, zanim poszedł w święta na biegun, pomalowałam mu także narty - mówi Kamińska. - Narysowałam na nich prezent pod choinką, kościół w Sopocie, w którym braliśmy ślub, i delfiny z Zanzibaru, który wspólnie odwiedziliśmy. Byłam markotna, że jedzie w święta, kiedy jestem w ósmym miesiącu ciąży. Postawiłam warunek: musi wrócić na poród!

Wrócił i przywitał na świecie ich pierwszą córeczkę Polę. Dziś Pola ma 11 miesięcy, duże niebieskie oczy, kilka blond włosków i mówi: "Daj", wyciągając rączkę po biszkopta. Nie spodziewa się jeszcze, że w kwietniu wraz z rodzicami wyruszy w podróż swego życia. Dookoła świata.

I nie będzie to podróż z biurem turystycznym. To wyprawa traperska. Kamińscy będą odwiedzać miejsca, gdzie turyści się nie zapuszczają. Będą mieszkać w igloo, jurcie, przemierzą Saharę. Z ich wyprawy powstanie film telewizyjny. Tę podróż wymyśliła Katarzyna Kamińska, by przełamać stereotyp, że z małym dzieckiem można tylko siedzieć w domu.

Z małą Polą na pokładzie

Żeby było całkiem rodzinnie, to towarzyszyć im będzie suczka Aisha, która jest ponoć najwspanialszą opiekunką Poli. Żony pan Marek nie musiał przekonywać do projektu wcale. Cała wyprawa to jej pomysł. -Projekt "Baby on Board" ("Dziecko na pokładzie") pomyślany jest tak, by trafił do rodziców i ich dzieci, do tych, których fascynują podróże iodkrywanie świata. Będzie przełamywał stereotyp spędzania wolnego czasu z małym dzieckiem tylko w domu -mówią Kamińscy. Aby pomysł mógł spełnić rolę edukacyjną, akcja będzie ciut przypominała reality show. Dzięki obecności kamer, aktualnym relacjom w prasie i w internecie będziemy mogli śledzić kolejne etapy wyprawy iobserwować rodzinę na szlaku. Zobaczymy, jak trudy podróży znosi Pola, miejsca i ludzi, do których dotrą Kamińscy. Chcą pokazać, jak można bezpiecznie podróżować z małym dzieckiem oraz jak dzieci traktowane są w różnych kulturach. We współpracy ze specjalistami -pedagogami, pediatrami, psychologami i socjologami, którzy będą Kamińskich regularnie odwiedzać na trasie -pokażą też, jak dziecko reaguje na częste zmiany środowiska.

Bez dokładnego planu

Kamińscy nie mają jeszcze dokładnego planu podróży, nie zamierzają zresztą z góry wszystkiego planować.

-Droga poprowadzi nas w niezwykłe miejsca do różnych plemion i narodowości, poprzez wspaniałe kultury świata - opowiadają. - Będziemy wraz z koczowniczymi plemionami przemierzać Saharę, wędrować przez egzotyczne Indie i Japonię, będziemy na dalekiej północy, dotrzemy do przylądka Canaveral, skąd startują rakiety kosmiczne. Zamierzamy też podążać tropem książek podróżniczych, jak "W 80 dni dookoła świata" i "Śladami Marco Polo" oraz na przykład "Baśni z tysiąca i jednej nocy".

Sprawa wygląda na pozór prosto, trudno jednak wyobrazić sobie np. noc w igloo z rocznym dzieckiem. Marek Kamiński być może będzie musiał jeszcze owo igloo najpierw zbudować. Brrrr... Z drugiej strony każdy, kto przeczytał choć jedną powieść podróżniczą, marzył kiedyś, żeby w taką podróż wyruszyć. I marzył o trudach na szlaku, o zamieszkaniu w jurcie albo pigmejskiej chacie z liści.

Kamińscy planują start wyprawy na przełomie kwietnia i maja. Przygotowania rozpoczęli już dawno. Bo nawet tak doświadczony podróżnik jak Kamiński nie może pozwolić sobie na wyprawę bez treningu. -W cyklu reportaży o życiu rodziny w podróży przedstawimy, jak wygląda w takich warunkach m.in. gotowanie i pranie. Będziemy uczyć się tradycyjnych umiejętności od ludzi z odwiedzanych krajów -mówią Kamińscy. Dzięki ich wyprawie powstanie serial na miarę tych, które pojawiają się w kanałach Discovery iNational Geographic. O tym serialu z pewnością będzie się mówić.

On lubi Abbę a ja U2

Jak na zdobywcę biegunów Marek wybrał dość konwencjonalne miejsce na poznanie żony. Spotkali się w kurorcie na greckiej wyspie Rodos. Leżeli w wygodnych hotelowych łóżkach i nurkowali w ciepłym morzu. Wygrzewając się w 1997 r. w greckim słońcu, Katarzyna nie przypuszczała, że kilka lat później będzie wraz z Markiem zdobywać biegun północny.

- Czy coś Was różni? - pytam 32-letnią Kasię.

- On lubi Abbę, ja - U2. On - filmy z Jamesem Bondem, ja - kabaret Mumio. On kocha zimno. A ja zimna nienawidzę!

- To po co pchała się Pani w 2001 r. na ten biegun?

- Bo chciałam wniknąć w świat mojego męża, mieć namiastkę tego, czym żyje i o czym myśli.

- A Pani o czym na biegunie myślała?

- Nie miałam filozoficznych myśli. Wszystko było proste, przejrzyste i klarowne. Myślałam o filiżance gorącej kawy w jakiejś przytulnej kafejce. I o wannie napełnionej ciepłą wodą.

Świat we trójkę

Nie zastanawiali się nigdy, czy pojawienie się na świecie dziecka zniweczy ich podróżnicze plany. Po prostu uznali, że od tej pory będą przemierzać świat we trójkę. - To nie będzie szaleństwo - zapewnia młoda mama. - Ja jestem bardzo ostrożna.

Dlatego Katarzyna czyta mnóstwo fachowej literatury i konsultuje się z psychologiem, chcąc wiedzieć, jak dziecko rozwija się prawidłowo. Przecież gdzieś na pustyni czy lodowcu zabraknie wokół niej doświadczonych babć.

- A Wam samym nie przyda się w podróży jakiś psycholog od terapii małżeńskiej, kiedy się poróżnicie? - pytam.

- Przy minus 28 stopniach trudno się kłócić - śmieje się Kasia. - Najpierw trzeba stopić lód, żeby przygotować posiłek. Napięcia się zdarzają, ale trzeba iść dalej. Gdybym nie wierzyła, że ta wyprawa scementuje nasz związek, nie postawiłabym pierwszego kroku.

W 2000 r. Katarzyna przeszła poważną operację. Leżała jeszcze w szpitalu pod kroplówką, gdy Marek powiedział: - Nie martw się, pójdziemy niedługo na Kilimandżaro.

- Najpierw myślałam, że mówi tak mi na złość. Przecież widzi, w jakim jestem stanie - chora, krucha, słaba. To Marek miał rację. Okazało się, że mierząca 165 cm i ważąca 45 kg rekonwalescentka znalazła w sobie dość siły, żeby zdobyć afrykański wierzchołek. Na a chwilę potem biegun. - Gdybym siedziała w domu i byłoby mi tylko ciepło, nie wyleczyłabym się tak szybko. Dzięki podróżom zaakceptowałam fakt, że w życiu nie zawsze będzie mi ciepło i przyjemnie.

Czy miała na biegunie chwile załamania? - Kiedy już po wyprawie czekaliśmy kilkanaście godzin na dryfującej stacji polarnej, aż zabierze nas wracający do domu samolot - wspomina Kasia. - Lód pękał i wszystko się topiło, więc nie mógł wylądować. Przerażona płakałam jak mała dziewczynka, która chce do mamy.

Stale na walizkach

- A dziś też bywasz słaba i krucha?

- Kiedy nie śpię kilka nocy z rzędu, bo Pola płacze, a ja nie wiem, co jej jest, czuję się taka bezsilna...

W przedpokoju ich sopockiego domu piętrzy góra toreb, torebek, waliz. Właściwie ich życie to wieczne pakowanie i rozpakowywanie się. Niedługo znów zaczną. Nie zabiorą wielu ubrań dla małej, bo dzieci w tym wieku szybko rosną. Będą się opierać na dosyłanych paczkach. Ale poza tym będzie raczej mało komfortowo.

- Fakt, lubię pójść czasem do fryzjera, a Marek lubi w domu nałożyć maseczkę na twarz. Ale cóż, trzeba sobie będzie radzić bez tego. Choć może gdzieś na pustyni nagle wyłoni się zza piaszczystej skarpy hipermarket jakiejś sieci? - marzy Katarzyna.

A życie Poli? - Na pewno nie będzie przewidywalne i nie będzie widzieć codziennie tego samego pokoiku. Ale pory mycia, karmienia i snu będą stałe.

- Liczę, że po tej wyprawie w głowie mojej córeczki zostaną zarejestrowane odczucia, obrazy i dźwięki. I że dzięki temu będzie się odróżniać od innych dzieci i nie będzie bała się marzyć - mówi mama Poli.

Kasia uważa, że przełomowa w życiu każdego jest decyzja o realizacji pragnień. - Bo inaczej to można się zbytnio zamarzyć i wpaść w pułapkę. Trzeba się więc zdecydować, gdzie chce się iść i... iść.

Wierzy, że jej wyprawy mogą zainspirować inne dziewczyny i pozwolić im uwierzyć w siebie, bo "skoro Kasia poszła i przetrwała na biegunie, to ja też mogę w swojej dziedzinie". - No i jeszcze chciałam pokazać tym niezbyt mi przychylnym niedowiarkom mężczyznom, że ja, jedyna kobieta na wyprawie, potrafię - dodaje.

Ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Łodzi. Przez chwilę projektowała dywany, ale potem poświęciła się wyłącznie pomocy Markowi. - To był mój wybór i nigdy go nie żałowałam - mówi. - Nie zwykłam działać wbrew sobie.

Ostatni obraz namalowała w wakacje. To nieco abstrakcyjny zachód słońca nad kaszubskim jeziorem. Czy czasem nie marzy o statecznej, nudnej rutynie? - Na razie nie. Ale kiedyś będę miała piękny dom ze słoneczną, jasną pracownią. Będę całymi dniami siedzieć przy sztalugach i wreszcie stworzę cykl obrazów.

Jak oceniasz pomysł wyprawy dookoła świata z rocznym dzieckiem?