Proces dowódców za Magdalenkę

Policyjni antyterroryści używają pocerowanych mundurów, tych samych, które dwa lata temu poszarpane zostały podczas akcji w Magdalence - mówił wczoraj przed warszawskim sądem Jacek B., oficer w pododdziale antyterrorystów.
Jacek B. w marcu 2003 r. w Magdalence dowodził szturmem na kryjówkę Igora Pikusa i Roberta Cieślaka, dwóch bandytów ściganych za zabójstwo policjanta. Szturmem okupionym życiem dwóch antyterrorystów, ranami 16 policjantów. On sam miał ich kilkanaście. Dowodzenie na polu bitwy oddał dopiero po dwóch godzinach wymiany ognia z bandytami. - Fala Magdalenki opada - taką metaforą określił wczoraj przed sądem słabnące zaangażowanie państwa w wyposażenie, szkolenia policjantów narażających swoje życie przy zatrzymywaniu najgroźniejszych przestępców. Dał przykład: po Magdalence pododdział ma na wyposażeniu granatnik, ale brakuje pieniędzy na ćwiczenia, bo jeden strzał z granatnika kosztuje 700 zł.

Przypomnijmy: prokuratura o nieumyślne narażenie życia funkcjonariuszy oskarżyła trójkę byłych policyjnych dowódców wysokiego szczebla: szefa pododdziału antyterrorystycznego w policji Kubę Jałoszyńskiego, naczelnika wydziału do walki z terrorem kryminalnym Grażynę Biskupską i Jana P. (zastrzegł nazwisko), zastępcę komendanta stołecznego. Zarzuca im - m.in. na podstawie raportu przygotowanego przez wewnętrzną komisję dla komendanta głównego - błędy i zaniedbania. Jacek B. nazwał komisję lekceważąco: "uczeni w piśmie", bo żaden z tych funkcjonariuszy nie brał udziału w takiej akcji.

Oficer przyznał, że antyterroryści otrzymali od policjantów prowadzących rozpoznanie plan budynku nieodpowiadający rzeczywistości, np. drzwi wejściowe znajdowały się na innej ścianie. - Czy mogło to wpłynąć na przebieg akcji? - pytał sąd. - Gdybyśmy weszli drzwiami, obrzuceni granatami w środku, musielibyśmy się wycofać. I nadzialibyśmy się na bombę. Ta bomba-pułapka była nie do wykrycia. Nikt tego nie zakwestionował - zeznawał Jacek B. Bronił też przyjętego wariantu szturmu - sforsowania bramy land roverem. - Jakiego wariantu by w tamtej sytuacji nie zastosować, ofiary i tak by były - zeznał.

Na poprzedniej rozprawie matka jednego z policjantów, którzy zginęli w Magdalence, wycofała pozew o 80 tys. zł odszkodowania, jakich domagała się od trojga oskarżonych dowódców. Pozostała jednak oskarżycielem posiłkowym w procesie.