Jak naukowcy zdobywają pieniądze na pracę

Profesor z Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie pozbawił grantu młodszego kolegę za to, że ten nie chciał mu z owego grantu pożyczyć pieniędzy. Naukowiec wygrał w sądzie i uczelnia musiała mu wypłacić 56 tys. zł odszkodowania
Pikanterii sprawie dodaje fakt, że chodzi o prof. Jana Lubińskiego - męża Teresy Lubińskiej, minister finansów w nowym rządzie PiS.

Prof. Lubiński jest wybitnym polskim genetykiem z osiągnięciami w badaniach nad mutacjami genów towarzyszących dziedzicznym nowotworom piersi, jelita grubego i jajnika. Jego wychowanek dr Jacek Podolski pracował nad wykryciem genu dziedzicznego raka nerki. Dostał na to 280 tys. zł z Komitetu Badań Naukowych. Badania prowadził od 2000 r. w szczecińskiej pracowni prof. Lubińskiego pod auspicjami Pomorskiej Akademii Medycznej.

- Profesor zażądał ode mnie sfinansowania lotu z Australii naukowca zupełnie niezwiązanego z moim projektem - opowiada Podolski. Odmówił podpisania rachunku. - Gdybym to zrobił, KBN cofnąłby mi pieniądze - mówi. W odpowiedzi prof. Lubiński wymienił zamki w drzwiach do laboratorium i zabronił Podolskiemu tam przychodzić. Zażądał również od rektora PAM zerwania umowy z KBN na te badania, bo - jak tłumaczył - stracił do młodego naukowca zaufanie. - Zerwałem umowę i zrobiłem to z bólem serca - zeznawał później w sądzie rektor Krzysztof Marlicz.

- KBN przeznaczył te pieniądze na inny projekt, kolejka oczekujących jest duża - mówi Joanna Kulesza, dyrektor Departamentu Informacji KBN.

Badamy za pożyczone

Badania nad genem dziedzicznego raka nerki nie zostały w Polsce podjęte. A dr Podolski swoją sprawę oddał do sądu i wygrał - trzy miesiące temu Akademia musiała mu wypłacić 56 tys. zł odszkodowania.

Przed sądem prof. Lubiński tłumaczył, że w jego instytucie funkcjonował system "pożyczek międzygrantowych", tzn. kiedy jeden z pracowników dostawał pieniądze na badania, inni też mogli z nich korzystać w swojej pracy. Kto, ile i na co mógł wziąć, decydował profesor. W sądzie jego pracownicy zeznawali, że dostawali z tego za nadgodziny oraz na podróże służbowe.

To działania profesora sąd uznał za bezprawne. Wyszło na jaw, że nad pożyczkami nikt w pracowni genetyki PAM nie panował, nie były nigdzie księgowane ani ewidencjonowane.

- Jeśli istnieje system "pożyczek międzygrantowych", to jest on nielegalny - mówi Joanna Kulesza.

NIK: wszyscy tak robią

Ale okazuje się, że szczecińska Akademia wcale nie jest w tej praktyce odosobniona. Odkryła to np. NIK, kiedy w 2000 r. kontrolowała realizację grantów KBN z minionej pięciolatki (sprawdziła 32 jednostki realizujące te projekty, w tym 16 uczelni). Okazało się, że prawie 2 mln zł wydano niezgodnie z umowami zawartymi z KBN. Pieniądze poszły na płace dla osób nie będących wykonawcami projektów, wyjazdy zagraniczne nieujęte w umowach oraz zakup nieplanowanej aparatury badawczej. Jedna z uczelni za pieniądze na projekt "Spalanie odpadów zintegrowane z jednoczesnym procesem wypału klinkieru cementowego" wysłała dwóch pracowników do Egiptu - za prawie 15 tys. zł, ale to nie znalazło się w rozliczeniu projektu. Inny instytut za ponad 30 tys. z trzech projektów wysyłał pracowników na konferencje do Austrii, Izraela, Danii, Hiszpanii i Słowacji, choć wyjazdy te nie miały nic wspólnego z tymi projektami. Za pieniądze na projekty naukowe fundują sobie np. wyposażenie gabinetów (od długopisów przez biurka, lampy, szafki, rolety i krzesła po komputery). NIK opisała też przykłady międzygrantowych pożyczek, kiedy środki finansowe przyznane na realizację jednego projektu były wykorzystywane na finansowanie innego.

- Rozliczenia z KBN są proste: opisuję rachunek np. z zagranicznej delegacji, że to konferencja związana z moim tematem, a nikt tego potem nie weryfikuje - mówi jeden ze szczecińskich naukowców.

- Cała genetyka PAM została zbudowana dzięki temu systemowi pożyczek międzygrantowych i ten system istnieje nadal - przyznaje Lubiński. - Mogę być za to sądzony, ale robię to dla dobra nauki.