Obywatel fotoreporter

Zdjęcia z więzienia Abu Ghraib, fala tsunami sfilmowana przez amatora, tunel londyńskiego metra tuż po zamachu bombowym zarejestrowany telefonem komórkowym - dziś możemy zobaczyć zarys wydarzenia oczami osoby w nim uczestniczącej. Czy zmienia to oblicze profesjonalnej fotografii prasowej?
W hotelu Lloyds w Amsterdamie ustawiono przy wejściu gipsową replikę sceny przedstawiającej egzekucję żołnierza Vietkongu. Z zaskoczeniem obserwuję jedną z najsłynniejszych fotografii prasowych w postaci trójwymiarowej. Prawie wszystko się zgadza: dwie figury, jedna mierzy z pistoletu w głowę drugiej - jak na fotografii Eddiego Adamsa zrobionej w Sajgonie w 1968 roku.

Rzeźba pokazuje jednak coś, czego na fotografii nie widać: nadgarstki gipsowego żołnierza Vietkongu związane są sznurkiem. Ale czy w rzeczywistości w ogóle były związane? A może zamiast sznura użyto podartej szmaty albo kajdanek? Ta budząca wątpliwości scena witała setki fotoreporterów, fotoedytorów i teoretyków fotografii prasowej, którzy podczas ubiegłotygodniowych obchodów jubileuszu World Press Photo rozważali problemy prawdziwości fotografii, jej rzetelności i niezbyt optymistycznej przyszłości.

Kiedy zdjęcia mówiły prawdę

Pierwszy konkurs fotografii prasowej World Press Photo odbył się 50 lat temu. Fotografią roku 1955 jest zdjęcie przedstawiające wypadek podczas zawodów motocyklowych. W roku 1968 nagroda przypada Eddiemu Adamsowi za wspomnianą fotografię z egzekucji mężczyzny podejrzanego o przynależność do Vietkongu. Narastająca krytyka wojny w Wietnamie znalazła wyraz w wielu fotoreportażach publikowanych w gazetach i magazynach. Zdjęcia te są dziś ikonami XX wieku, stulecia w którym wierzono, że fotografia mówi prawdę.

Złoty wiek fotoreportażu przypada na lata 30. i 40. "Strony będą pełne zdjęć przekładających zagraniczne i krajowe wydarzenia polityczne na język obrazu. To połączy naszych czytelników ze światem" - tłumaczył w 1928 ideę francuskiego magazynu "Vu" jego redaktor Lucien Vogel. Fotografia była trzonem zawartości "Vu" i wielu innych pism - jak "Life", "Picture Post" czy "Fortune" - a fotografowie osiągali status bohaterów. Za dokument z hiszpańskiej wojny domowej Robert Capa został w 1938 r. okrzyknięty przez "Picture Post" "najlepszym fotografem wojennym na świecie".

To już było w telewizji

Od tamtych lat zmieniła się prasa, i zmieniła się fotografia prasowa. Jak twierdzi Christian Caujolle, długoletni fotoedytor francuskiego dziennika "Liberation", a dziś dyrektor prestiżowej agencji fotograficznej Vu, reklama wypiera fotografię reporterską z łam gazet. Dochodzi do tego konkurencja z telewizją i internetem, które przekazują obraz wydarzeń przez 24 godziny na dobę. Czytelnik nie sięga już po gazetę, by zobaczyć zdjęcia, bo jego wizualna ciekawość została zaspokojona wcześniej.

Fotografia prasowa od początku lat dziewięćdziesiątych przyjmuje cios za ciosem. Fundusze redakcji na kosztowne materiały fotograficzne, które do niedawna przynosiły tytułom prestiż i uznanie, topnieją. Dobry fotoreportaż powstaje miesiącami, więc fotoreporterzy muszą szukać środków na ich realizację w organizacjach pozarządowych, fundacjach, wydawnictwach książkowych. Czasem materiały finansowane z tych alternatywnych źródeł ostatecznie publikowane są w prasie. Jednak częściej trafiają one do węższego grona odbiorców jako publikacje w albumach i ekspozycje w galeriach.

Po zdjęcia jak na ryby

Na jakość i częstotliwość pojawiania się fotoreportażu w prasie mają - paradoksalnie - szkodliwy wpływ rozrastające się serwisy fotograficzne, takie jak AP, Reuters, AFP, czy agencje molochy, jak Gettyimages czy Corbis. Dzięki internetowi dostęp do ogromnych zasobów zdjęć jest łatwy i szybki. - "Fotoedytor ?Guardiana ? przyznał niedawno, że codziennie przegląda w internecie około 6 tys. zdjęć. Tego nie można nazwać fotoedycją, to wyprawa na ryby - komentuje Colin Jacobson, teoretyk fotografii. - I tak jak podczas łowienia, mamy to, co uda nam się złapać. Jesteśmy w niewoli u naszych dostawców. Poczucie tworzenia, kształtowania indywidualnego stylu publikacji zanika".

Gazety codzienne rywalizują z telewizją, kładąc nacisk na mocną ilustrację wydarzenia, pokazanie jego bohaterów. Magazyny i tygodniki w coraz większym stopniu skłaniają się do publikacji zdjęć przedstawiających kolorowe strony życia, jak kariery gwiazd, a wydarzenia i zjawiska społeczno-polityczne obrazują w sposób metaforyczny. Fotografia dokumentalna nasączona jest tu narzucającym się stylem fotografa, dokonuje się manipulacji fotograficznych, by podkreślić interpretację: humor, ironię, konflikt. "W ?New Yorkerze ? pojedyncze zdjęcie musi zilustrować historię mającą parę wątków. Nie może więc pokazywać konkretu, jak w tradycyjnej fotografii prasowej. Fotografia musi zawierać znak zapytania. Nie może tak od razu wszystkiego odsłonić" - mówi Elisabeth Biondi, fotoedytor prestiżowego tygodnika "The New Yorker".

Nieco inaczej jest w Polsce - tu fotografia w tygodnikach i magazynach jest podporządkowana treści artykułu. Nie opowiada historii, a jedynie dopowiada kontekst, dostarcza dodatkowych informacji.

Bohaterowie są niepotrzebni

W świecie zmieniającej się prasy, popularyzacji fotografii cyfrowej i rozwoju mediów elektronicznych znika mit bohatera, jaki przez cały wiek XX towarzyszył zawodowi fotografa. Coraz częściej fotoreporter kojarzony jest z podążającym za gwiazdami paparazzi. Co gorsza, czytelnicy nie ufają już bezgranicznie fotografiom. Ich wiarygodność jest podważana przez fałszerstwa i manipulacje, dokonywane zarówno przez profesjonalistów, jak i amatorów internautów.

Zdjęcie zrobione przez profesjonalistę rywalizuje dziś ze zdjęciem zrobionym przez amatora-świadka wydarzenia aparatem w telefonie komórkowym. W internecie rozpowszechniają się blogi tworzone przez amatorów dziennikarzy. Pojawiło się już nawet określenie "citizen journalism" - dziennikarstwo obywateli, a jedno z sympozjów towarzyszących rocznicy World Press Photo było w całości poświęcone temu zjawisku. Zdjęcia z więzienia Abu Ghraib, fala tsunami sfilmowana przez amatora, tunel londyńskiego metra tuż po zamachu bombowym sfilmowany telefonem komórkowym przez pasażera - możemy dziś zobaczyć zarys wydarzenia oczami osoby w nim uczestniczącej.

Czy zmienia to oblicze profesjonalnej fotografii prasowej? Czy powinna czuć się zagrożona nowym potężnym rywalem o sile milionów telefonów komórkowych? To pytanie smutno pobrzmiewało podczas 50. urodzin World Press Photo. "W centrum naszej kultury trwa rewolucja. Fotografia, która zdominowała XX w. jako najbardziej przenikliwy środek przekazu, została wyeliminowana jako kapryśny i niegodny zaufania partner rzeczywistości" - twierdzi krytyk Stephen Mayes, dyrektor archiwum fotograficznego w nowojorskim centrum Art + Commerce, który prowadził w Amsterdamie warsztaty na temat fotografii cyfrowej.

Jak konkludują autorzy we wstępie rocznicowego albumu "Things as they are": "Albo fotoreportaż żyje, ma się dobrze i jest w procesie dynamicznego tworzenia się na nowo. Albo coś innego właśnie się pojawia by go zastąpić. Ale temu czemuś trzeba będzie jeszcze nadać nazwę".



W galerii Foam w Amsterdamie można zobaczyć wystawę towarzysząca wydaniu książki "Things as they are. Photojournalism in context since 1955''. Multimedialna ekspozycja prezentuje 120 najważniejszych przykładów fotoreportaży ostatnich 50 lat - w tym materiały "Gazety Wyborczej" - w ich autentycznym kontekście, czyli na łamach prasy. Wystawa potrwa do 7 grudnia 2005 r.



PODPIS POD ZDJęcie: Opublikowana w 2003 r. na pierwszej stronie "Los Angeles Times" fotografia autorstwa Briana Walskiego przedstawiająca scenę spod Basry: brytyjski żołnierz każe irackim cywilom kryć się nisko z powodu ognia irackich obrońców miasta. W rzeczywistości to zdjęcie o nienagannej kompozycji i poruszającej treści zostało skompilowane komputerowo przez autora z dwóch innych. Za manipulację Walski został wyrzucony z pracy, a czytelnicy dziennika przeproszeni za oszustwo swojego pracownika.