Rozmowa z Marianem Marzyńskim

- Ja pierwszy w Polskim Radiu zacząłem mówić szybko, bez spikerskiego namaszczenia. Na końcu był zawsze dowcip, jak w Ameryce, choć w realiach peerelowskich. Na przykład: "Proszę państwa, jutro 31 marca, Matki Boskiej Pieniężnej" - opowiada Marian Marzyński, autor wydanej wlaśnie książki "Sennik polsko- żydowski"
Tadeusz Sobolewski: Po przeczytaniu "Sennika polsko-żydowskiego" myśli się o autorze: co za egotysta! Z drugiej strony takie nieustanne pisanie o sobie wymaga dystansu.

Marian Marzyński: No i wtedy już się nie jest egotystą. Śmieję się z takich zarzutów. Ja się wcale nie chwalę, ja mam same kłopoty! A nawet jak się chwalę, jest w tym ironia. Można mieć w życiu sukces, można być "wielkim", ale w jakimś sensie nigdy nie przestaje się być smarkaczem, a poza tym wszyscy chodzimy do ubikacji. Wojna mnie tego nauczyła.

Czego?

- Lekkości.

Getto, potem ukrywanie się po aryjskiej stronie. Kiedy o tym piszesz, używasz często słowa "scenariusz": "od tej chwili miałem taki scenariusz..."

- Nazywałem się raz tak, raz inaczej. Raz byłem nieślubnym dzieckiem chłopskim, potem z balkonu księdza, który mnie ukrywał, udawałem, że błogosławię ludzi. Ja, Żyd, chciałem być księdzem (miałem wtedy sześć lat). Rzeczywistość trzeba było wymyślać od nowa, grać z nią, udawać. I to nawarstwianie się życiowych scenariuszy uczyniło mnie lekkim. Wszystko skończyło się happy endem. Dla nas.

Były różne drogi przejścia przez czasy Zagłady. Byli tacy, jak my, co przeżyli w ukryciu i nie dali się złapać. Byli tacy, co przeszli gehennę obozu i tacy, co przeszli Rosję. Moja krewna Agata Tuszyńska w książce "Rodzinna historia lęku" opisała traumę swojej matki. Napisała też o mnie w rozdziale "Maryś". Jej książka to próba wyrzucenia z siebie tamtego lęku.

Twój przypadek jest inny?

- Jeśli mi coś z tamtego doświadczenia pozostało, to skłonność do wymyślania siebie. Byłem błaznem w czasach cenzury. Za Peerelu nie dałem się złapać. Telewizyjny "Turniej miast" z lat 60. to była nierzeczywistość, cyrk. Żeby się utrzymać na powierzchni, trzeba było tworzyć układy, do których "oni" nie mogli się przyczepić. Nie było wiadomo, czy ten "Turniej" jest dla partii dobry, czy nie. Partia sama nie wiedziała. Jedni towarzysze chwalili, że nowość z Zachodu, atrakcyjne, dla ludzi. Drudzy towarzysze mówili: to obce, burżuazyjne. A ja w tym wszystkim siedziałem, rozumiesz? Jak oni w tę stronę, to ja w tę...

Lubiliśmy w domu oglądać "Turniej miast" przy niedzielnym obiedzie - przewodniczący rad narodowych Złotoryi i Lubania Śląskiego przeciągali linę albo biegali w workach. To była bardzo demokratyczna zabawa, choć pokazywała, że demokracja jest u nas tylko od święta.

- To szło na żywo. Bez cenzury. Pozwolili. Stoją drabiny - przed nimi w strojach malarskich jacyś ówcześni rzecznicy praw lokatorskich. Mają odpowiadać na fachowe pytania i po każdej dobrej odpowiedzi wspinać się po drabinie. Okazuje się, że żaden nie zna prawa. Zostają na ziemi. No, czy to nie była publicystyka?

Pamiętam Twój charakterystyczny radiowy głos z magazynu "Parnasik", z wiadomości "Z kraju i ze świata". Byłeś popularny. Mój ojciec mówił: to syn Marzyńskiego, z którym pracowałem w Biurze Odbudowy Stolicy (tak naprawdę był Twoim ojczymem).

- Ja pierwszy w Polskim Radiu zacząłem mówić szybko, bez spikerskiego namaszczenia. Na końcu był zawsze dowcip, jak w Ameryce, choć w realiach peerelowskich. Na przykład: "Proszę państwa, jutro 31 marca, Matki Boskiej Pieniężnej". Albo: "We Włocławku oddano do użytku most nowej konstrukcji. Posłuchajmy piosenki "Most na rzece Kwai Mieczysława Fogga..."

Żyliśmy w kulturze aluzji. Melodia z filmu "Most na rzece Kwai", w którym brytyjscy żołnierze w japońskiej niewoli z poświęceniem budowali most, mogła się jakoś kojarzyć... A jaki był Twój pierwszy reportaż radiowy?

- Miałem 17 lat. Byłem na praktyce dziennikarskiej w Polskim Radiu. Poszedłem do sklepu ze zwierzątkami na Nowym Świecie, gdzie odbywał się konkurs śpiewu kanarków i nagrałem głosy właścicieli tych kanarków. Fascynowało mnie, że to jest sklep prywatny. Mój ojciec, który odbudowywał Warszawę, szydził z "prywaciarzy" - ja na to leciałem. "Turniej Miast" to było sprywatyzowanie, oswojenie ówczesnego świata na szczeblu powiatu.

To wszystko działo się przed rokiem 68, jeszcze na fali 56.

- W październiku 1956 miałem 19 lat i myślałem, że już wszystko wolno. To był cudowny, krótki moment życia w Peerelu, kiedy się szło razem z władzami, przeciwko Rosji. A zaraz potem - rozwiązanie "Po prostu", organu samorządowych przemian, pałowanie studentów w 1957 pod Politechniką. Wsiadam na skuter lambretta (jeden z niewielu w Warszawie) i jadę. Czuję gaz. Jakiś facet zaczepia mnie po angielsku. Korespondent Associated Press - czy może się dosiąść? Boję się, że zaraz mnie wsadzą, ale śmigam z nim przed nosem milicji, udaję ważniaka, niech myślą, że to jakiś dygnitarski synek, że mi wolno. I zaraz pędem do mojego radia na Myśliwiecką. Chcę mówić na żywo o tym, co widziałem. Redaktorzy ze śmiechem do mnie: chłopcze, ty chcesz o tym gadać? Głowa cię boli, zażyj lepiej aspirynę!

Wyjeżdżałeś z Polski w 1968, ale nietypowo.

- Bo mnie antysemici lubili. Mówili, że jestem tak spolszczony, że przy mnie można opowiadać najgorsze antyżydowskie dowcipy. Jak wyjeżdżałem z Dworca Gdańskiego, celnicy, którzy tam brali łapówki, pili wódkę, chodzili między wywożonymi kryształami i liczyli kieliszki, chcieli mnie z tego wyłączyć: ty jesteś swój, redaktor z telewizji, nasz polski chłopak! Na granicy w Zebrzydowicach przynieśli mi kawę po turecku, bo występowali w "Turnieju Miast". Wyjeżdżałem z kraju tak, jak się wychodzi z przyjęcia: dziękuję, bawiłem się dobrze, ale mam dość, jestem zmęczony.

Na czym polega według Ciebie niezależność dziennikarska?

- Czytam teraz książkę o facecie bardzo znanym w USA, który w tym roku się zabił, jak Hemingway - Hunterze S. Thompsonie. Patron dziennikarstwa subiektywnego, impresjonista, pisarz, potomek bitników, twórca tzw. gonzo journalism. Kiedy mu zlecano, żeby napisał coś na temat, nie umiał. Aż doszedł do wniosku, że kiedy siedzi nad pustą kartką, to może pisać o tym, co myśli, siedząc nad tą kartką.

Bo nie pisze się po prostu o jakiejś rzeczy, tylko o tym, co się myśli w związku z tą rzeczą, subiektywnie. W filmie o mojej córce Ani ona nie jest po prostu sobą, ale gra w nim rolę mojej córki. Ja gram rolę ojca.

Lubisz filmy Michaela Moore'a?

- Podoba mi się jego prześmiewczość, subiektywizm, ale gdybym był tak jak on wściekły na Busha, zrobiłbym "Fahrenheita" inaczej, nie tak grubymi nićmi. Choć to i tak lepszy film od "Zabaw z bronią".

A propos "Zabaw..." i masakry w liceum Columbine. Gus van Sant, twórca "Słonia", oryginalnego filmu na ten sam temat, jest Twoim dawnym uczniem z Rhode Island School of Design.

- Wbijałem im do głowy koncepcję kina-oka: kamera bez statywu, idąca krok w krok za postacią, tak że widzowi z czasem wydaje się, jakby to on był kamerą. Van Sant miał wtedy 20 lat. I po tylu latach zobaczyłem u niego cudowną realizację tej koncepcji. Więcej, uchwycenie głębokiego sensu zdarzenia, o którym wszyscy mieli gotowe teorie.

O czym jest "Słoń"? Dlaczego ci uczniowie zabijali?

- To film o ciszy. O pustce XXI wieku. My się nudzimy. Nie ma nic do roboty. Hitler jest atrakcyjny. On zabijał. Strzelba jest atrakcyjna - można wystrzelić, zobaczyć, co się będzie działo. Cała nasza kultura, która daje tyle akcji - pozornej - usypia ludzi. Po obejrzeniu filmu akcji, rozdygotani dzianiem się wracamy do siebie do domu i czujemy się jak nudziarze. Dawniej trzeba było sobie samemu tę pożywkę ciekawości stworzyć. Musieliśmy w zabawie robić swoje "filmy". Teraz wszystko się kupuje gotowe. Cała jakość życia jest do kupienia. Najpierw majtki musisz założyć na tyłek, potem kupić coś dla głowy, do pomyślenia. Nic nie masz do roboty. To jest gotowe, opakowane, tylko kupić.



Marian Marzyński. Rocznik 1937. Reporter radiowy i telewizyjny, dokumentalista. Debiutował w Polskim Radiu w latach 50. W latach 60. głośny był jego telewizyjny program "Turniej miast", pierwsze polskie reality show. W 1963 debiutował jako reżyser dokumentalista filmem "Powrót statku" - Grand Prix na pierwszym krakowskim festiwalu krótkiego metrażu. W 1969 Marzyński wyemigrował do Danii, a następnie do USA. Zrealizował kilkanaście dokumentów, wśród nich głośny "Sztetl". Jego debiutem prozatorskim jest książka "Sennik polsko-żydowski" (W.A.B., Warszawa).