Yahoo! pomogło skazać chińskiego dziennikarza

Francuscy Reporterzy bez Granic oskarżają amerykańską wyszukiwarkę, że stała się wspólnikiem chińskiej policji
Francuscy Reporterzy bez Granic (RSF) ujawnili, że internetowy operator pomógł zlokalizować i skazać niepokornego chińskiego internautę.

37-letni Shi Tao, dziennikarz ekonomicznej gazety "Dangdai Shang Bao", rok temu był na zebraniu redakcyjnym, na którym przedstawiono poufny dokument Centralnego Departamentu Propagandy przesłany do redakcji przed 15. rocznicą masakry na Tiananmen. Partię niepokoiło m.in. to, czy dysydenci chińscy nie spróbują przy tej okazji przyjechać do kraju, dokument zawierał też ocenę sytuacji w kraju. Shi Tao porobił notatki, potem przesłał je na jedną z zagranicznych stron internetowych o Chinach. Chińska policja internetowa wytropiła adres internauty, a po resztę jego danych zwróciła się do Yahoo! - Z werdyktu sądu wiadomo, że portal sam dostarczył szczegółowych informacji o internetowym koncie osobistym Shi Tao (huoyan1989@yahoo.com.cn). Przekazał też wysłany przez niego list internetowy oraz podał internetowy numer identyfikacyjny jego komputera. 30 kwietnia sąd w Changsha, stolicy prowincji Hunan, skazał Shi Tao na dziesięć lat więzienia za ujawnienie "ściśle poufnej tajemnicy państwowej". - Głównych dowodów w sprawie dostarczyło Yahoo!, i to portal ułatwił sądowi zadanie - powiedział nam Julien Pain z RSF, który ujawnił sprawę.

Pauline Wong, przedstawicielka Yahoo! Holdings Hongkong, odmówiła skomentowania decyzji swojej firmy. Powiedziała tylko, że Yahoo! "ustosunkuje się do zarzutów we właściwym czasie".

Cenzuruje i tropi

Yahoo! w 2002 r. podpisało opracowane w chińskim ministerstwie informacji "Publiczne zobowiązanie do samodyscypliny dla chińskiego internetu" i stosuje się do niego bez zastrzeżeń. Nie ono jedno, na warunki chińskie przystały również Microsoft i Google. - Jednak Yahoo! jest najgorsze - mówi Pain. W chińskim Yahoo! zablokowane są wszystkie strony związane z demokracją, prawami człowieka czy Falun Gong. Na listy protestacyjne i apele organizacji broniących wolności w internecie Yahoo! zwyczajowo nie odpowiada. Atakowani za cenzurowanie chińskiego internetu przedstawiciele Yahoo! podobnie jak pozostali operatorzy portali odpowiadają rutynowo, że są zobowiązani do przestrzegania miejscowego prawa.

Do tej pory nie zdarzyło się jednak, by pomagali tropić niepokornych internautów. - Z punktu widzenia prawa formalnego Yahoo! nie można nic zarzucić - przyznaje Pain. Gdy sąd zwraca się do podmiotu gospodarczego o ujawnienie danych potrzebnych w sprawie, ten powinien mu ich w zasadzie dostarczyć. - Co innego jednak, jeśli spojrzeć na sprawę z punktu widzenia etycznego - dodaje.

W wydanym w tej sprawie oświadczeniu RSF pisze: "Legalność procedury nie zwalnia jednak Yahoo! od odpowiedzialności. Co innego przymykać oczy na nieprawości władz chińskich, co innego z nimi współpracować. Jak daleko posunie się, by przypodobać się Pekinowi? Już wcześniej wiedzieliśmy, że Yahoo! ochoczo współpracuje z chińskim reżimem w kwestiach cenzury. Teraz wiemy, że jest policyjnym informatorem".

Zyski czy prawa człowieka

Rynek chiński, drugi w świecie - dziś 103 mln internautów - jest ogromną pokusą. Operatorzy konkurują ze sobą, inwestując miliardy dolarów. Niedawno Yahoo! wydało miliard dolarów, by kupić udziały w chińskim portalu Alibaba.

Julien Pain uważa, że nic nie może zwalniać właścicieli portali z przestrzegania zasad etycznych.

- Microsoft, Yahoo! i Google muszą ustalić wspólną politykę i razem występować wobec władz chińskich - mówi. - W pojedynkę są za słabi. Nie są osamotnieni, mogą się przecież zwrócić o pomoc do rządu amerykańskiego. Warunek jest jeden: Yahoo! musi otworzyć oczy. Przestać przyjmować każde żądanie chińskich władz, ewentualnie nagłaśniać naciski. Do tej pory siedziało cicho - mówi Pain.

Jak walczyć z potęgą rynku? MSF prowadzi dyskretną kampanię wśród akcjonariuszy największych wyszukiwarek obecnych w Chinach. Może perspektywa pogorszenia wizerunku firm zadziała skuteczniej od kampanii protestów?