Nine Inch Nails zatacza koło

Nowa płyta legendy industrialnego rocka sprytnie flirtuje z popową estetyką
Film "Światłość dnia" z 1988 roku opowiada o rodzeństwie, które próbuje zrobić karierę ze swoim zespołem rockowym. W tle przewija się cała galeria mało lub zupełnie nieznanych amerykańskich formacji z końca lat 80., którym nigdy nie udało się na dobre zaistnieć na listach przebojów i odnieść wymiernego sukcesu. Jest wśród nich trio The Problems. Trochę odstające od reszty. Grające chłodną, elektroniczną muzykę. Jego liderem jest Trent Reznor. Z natapirowanymi włosami, wyglądający jak muzyk jakiejś formacji new romantic. Kilka miesięcy później Reznor porzucił i ten image, i The Problems. Stanął na czele Nine Inch Nails i wkroczył na scenę muzyki industrialnej.

Wyjątkowy czas

Po co o tym piszę? Żeby przypomnieć, że zarówno Nine Inch Nails, jak i cały rock industrialny, o którym tak dużo mówiło się na początku poprzedniej dekady, nie wzięły się znikąd. Ta muzyka tkwi korzeniami niezwykle mocno w latach 80. Oczywiście nie tylko. Równie wiele zawdzięcza muzyce metalowej, punk rockowi, krautrockowym eksperymentatorom czy awangardzistom pokroju Psychic TV. Ale zawsze pod lawiną ciężkich gitarowych dźwięków i nerwowych rytmów kryje się zamiłowanie do popowych melodii z połowy lat 80. To nie przypadek, że na pierwszej płycie Nine Inch Nails "Pretty Hate Machine" jest tak wiele wpływów spod znaku Depeche Mode i zimnej fali. I nie jest przypadkiem, że pierwsze albumy (aż do "The Land Of Rape And Honey" z 1988 r.) innego amerykańskiego giganta rocka industrialnego The Ministry noszą dodatkowo wyraźne piętno new romantic.

Teraz Reznor - chyba najwyraźniej od czasu debiutu Nine Inch Nails - powraca do tych dawnych inspiracji. Czas ku temu jest wyjątkowo dobry. Wyśmiewane jeszcze niedawno "plastikowe" brzmienia z lat 80. wróciły do łask. Dekada new romantic i synth popu jest dziś modna. Na szczęście na "With Teeth" zespół nie uległ magii nostalgii. Nine Inch Nails zatoczyło koło, ale mimo to znajduje się w zupełnie innym miejscu niż na początku działalności. Reznor zdecydował się odświeżyć skostniałą stylistykę grupy, sięgając do dawnych inspiracji. I wyszło mu to na dobre.

Dlatego obok charakterystycznego dla Nine Inch Nails gitarowego jazgotu, agresywnej perkusji i balansującego na granicy histerii śpiewu Reznora znaleźć tu można utwory o delikatnym klimacie. Już otwierające album "All The Love In The World" uderza zimną elektroniką i rytmami wyjętymi żywcem z jakiegoś utworu tanecznego. Dla równowagi zaraz "You Know What You Are?" atakuje wyjątkowo ciężkim brzmieniem. Reznor sprytnie flirtuje tu z popową estetyką. Zawsze miał umiejętność do przemycania w gitarowo-elektronicznym chaosie zgrabnych melodii. Ale tak chwytliwej piosenki jak wybrane na singla "The Hand That Feeds" chyba wcześniej nie nagrał. A przecież jest tu jeszcze "Only" zaczynające się prościutką perkusją. Albo kołyszące bardzo przewrotnym rytmem "Sunspots".

Policzek show-biznesowi

Gdy w 1994 r. Nine Inch Nails występowali na festiwalu w Woodstock, zespół wyszedł na scenę utytłany błotem. Niby było to nawiązanie do słynnych "mud people", którzy zawładnęli legendarnym festiwalem 25 lat wcześniej. W połączeniu z agresywną muzyką był to raczej policzek wymierzony imprezie żerującej na hippisowskiej tradycji oraz całemu show-biznesowi. Reznor wydawał się wyrastać na przywódcę muzycznej rebelii, która dokończy dzieło zapoczątkowane przez Nirvanę i grunge. Tak się jednak nie stało. Rock industrialny stracił rozpęd i skostniał. Rewolucji nie było i już raczej nie będzie. Ale największe gwiazdy gatunku wciąż mają coś do powiedzenia. Przynajmniej dopóki nagrywają płyty tak ciekawe jak "With Teeth".

Nine Inch Nails, "With Teeth", Nothing/Interscope