Prezydenci Litwy i Estonii nie pojadą do Moskwy

Prezydenci Litwy i Estonii nie pojadą do Moskwy na obchody 60. rocznicy zakończenia II wojny światowej 9 maja. Obaj swoje decyzje ogłosili równocześnie w poniedziałek
- Tutaj, na Litwie, odpowiednio uhonorujemy bohaterów wojny, pokłonimy się, wspominając wszystkich zabitych. I nie będziemy więcej szukać odpowiedzi na pytanie, gdzie bardziej sprawiedliwe jest świętowanie rocznicy zakończenia II wojny światowej - stwierdził prezydent Valdas Adamkus.

To samo obwieścił w Tallinie prezydent Arnold Ruutel: - Koniec drugiej wojny przyniósł zwycięstwo nad faszyzmem, ale narzucenie nas sowieckiego totalitarnego reżimu - ogłosił Estończyk.

Negatywnej odpowiedzi na zaproszenie prezydenta Putina oczekiwano już od przynajmniej dwóch tygodni. Kamieniem obrazy stały się publiczne wypowiedzi prezydenta Putina i oświadczenia rosyjskiego MSZ kwestionujące okupację krajów bałtyckich przez ZSRR i próbujące usprawiedliwić podpisanie paktu Ribbentrop-Mołotow w 1939 r., który do niej doprowadził. Już wcześniej prezydent Litwy mówił, że nie miałby żadnych rozterek, gdyby prezydent Rosji uznał okupację krajów bałtyckich. Ale Rosjanie woleli uczcić po raz kolejny "wyzwolenie" krajów bałtyckich. A dla dużej części Litwinów, Łotyszy i Estończyków prawdziwy koniec II wojny światowej to moment wyprowadzenia wojsk rosyjskich na początku lat 90. ubiegłego wieku, po odzyskaniu przez oba kraje niepodległości po rozpadzie ZSRR.

Odrzucenie zaproszenia przez dwa kraje bałtyckie jest ciosem dla Kremla przygotowującego majowe obchody z wielką pompą. Mają one przypomnieć światu o potędze ZSRR i o ambicjach odbudowania tego imperium przez obecnego prezydenta Władimira Putina. Putin na uroczystości zaprosił szefów 50 państw m.in. USA, Niemiec i Francji. Zaproszenie wywołało dyskusję także w Polsce, gdy Rosjanie nazwali polskie narzekania na Jałtę "grzechem". - Właśnie w Jałcie mocarstwa sojusznicze potwierdziły pragnienie, by Polska była silna, wolna, niezawisła i demokratyczna - napisał moskiewski MSZ. Ostatecznie prezydent Aleksander Kwaśniewski ostatecznie postanowiłdo Moskwy polecieć.

Do Moskwy pojedzie za to prezydent Łotwy, która decyzję podjęła już na początku tego roku, choć wcześniej umawiała się z prezydentami Litwy i Estonii, że decyzję podejmą wspólnie. - Nie jesteśmy żadną Pribałtyką, jak tego chce Moskwa. Jesteśmy trzema niepodległymi państwami, członkami UE i NATO. Każdy z nas ma swoją politykę, swoje problemy - tłumaczyła Vaira Vyke-Freiberga. Stwierdziła też, że jako szef państwa unijnego musi być tam, gdzie będą inni unijni przywódcy.

Po ogłoszeniu tej decyzji prezydent Łotwy wysłała jednak do szefów państw europejskich i USA list, w którym stwierdziła, że choć przyjęła zaproszenie prezydenta Putina, to nie zgadza się z rosyjską interpretacją historii. Wyjaśniała, że koniec nazistowskiej okupacji dla Łotwy i pozostałych krajów bałtyckich oznaczał zamianę tej okupacji na sowiecką.

Obrażeni za złamanie jedności prezydenci Litwy i Estonii, nie podpisali tego listu. List ten wywołał zaś oburzenie w Rosji. Pojawiły się nawet głosy, aby cofnąć zaproszenie łotewskiej prezydent.

Po odwołaniu przyjazdu prezydenta Ruutela najprawdopodobniej zostanie odwołane przewidziane na 10 maja podpisanie umowy o granicy estońsko-rosyjskiej. Łotysze najpewniej taką umowę podpiszą. Kreml obiecywał obu krajom podpisanie tych umów właśnie w zamian za przyjazd na obchody 9 maja. Litwa podobną umowę podpisała już w 1994 r.

Z decyzji prezydentów Litwy i Łotwy niezadowoleni są także Łotysze. Teraz starają się usprawiedliwić swoją panią prezydent. Znana łotewska politolog Żaneta Ozolina stwierdziła, że na decyzje prezydentów Estonii i Litwy na Zachodzie nikt nie zwróci uwagi, ale na pewno źle zostaną przyjęte w Rosji. Uważa natomiast, że decyzja łotewskiej prezydent przyniesie krajowi wiele korzyści.