Wielki wyciek z IPN

Lista funkcjonariuszy milicji i tajnych służb PRL, agentów i kandydatów na agentów z nieprawdopodobną liczbą 240 tys. nazwisk krąży po Polsce. Listę skopiował w archiwum IPN dziennikarz
- Muszę potwierdzić: nielegalnie skopiowano z komputera IPN wykaz tzw. jedynek, czyli funkcjonariuszy, tajnych współpracowników i kandydatów na TW z lat 1945-89 - przyznaje prof. Andrzej Friszke, członek Kolegium IPN. Friszke nie chce powiedzieć, kogo się o to podejrzewa. Mówi tylko, że dziennikarza.

Komputer z bazą danych o archiwach znajduje się w czytelni od jesieni ubiegłego roku. Mają do niego dostęp wszyscy, którzy korzystają z archiwum. Gdyby ktoś jednak oficjalnie chciał skopiować dane, nie dostałby zgody.

Lista to siedem plików tekstowych, mają od 168 do 1030 stron. W sumie 3689 stron. Na jednej stronie jest 58 nazwisk. Przy nazwisku jest tylko sygnatura, pod którą w IPN można znaleźć teczkę danej osoby.

Na liście jest Mieczysław Moczar, ponurej sławy szef MSW w latach 60. Są znani od dawna agenci. Juliusz Wilczur-Garstecki, zwerbowany przez UB w 1945 r., żeby się uwiarygodnić, na własną prośbę internowany w stanie wojennym, rozpracowywał przywódcę dolnośląskiej "S" Władysława Frasyniuka przed jego aresztowaniem jesienią 1982 r. Sławomir Miastowski, agent prowokator działający w podziemnej MRK "S" skupiającej warszawskich robotników.

I na tej samej liście są ludzie niewinni. Są niezwykle odważni, jak Wiesław Chrzanowski, torturowany i przez sześć lat więziony za stalinizmu działacz katolicki, w latach 90. marszałek Sejmu, którego niewinność potwierdził proces lustracyjny.

Od prawie dwóch tygodni lista żyje własnym życiem. Przesyłana jest przez internet i kopiowana na płyty CD: - W redakcji jest szaleństwo, ludzie znajdują na liście nazwiska znajomych, padają oskarżenia, zaczyna się podział na tych, którzy są, i tych, których nie ma na liście - mówi dziennikarz jednej z gazet, w której płyta CD z listą jest znana od ponad tygodnia.

Jak skopiowano listę?

Skopiowanie listy nie było rzeczą prostą - nie mieści się ona na zwykłej dyskietce. Osoba, która to zrobiła, musiała podłączyć się do komputera w czytelni IPN najprawdopodobniej za pomocą tzw. pen drive'a - niewielkiej przenośnej karty pamięci o dużej pojemności.

Z informacji "Gazety" wynika, że pracownicy czytelni IPN zorientowali się, że ktoś skopiował listę, ale nie zdążyli zareagować. Jak to się stało, że dane znalazły się w komputerze niezabezpieczonym przed kopiowaniem? - To był niestety nasz błąd, nie przypuszczaliśmy, że ktoś może coś takiego zrobić. Sądziliśmy, że mamy do czynienia z ludźmi, którzy przestrzegają pewnych reguł - mówi Andrzej Friszke. Teraz w archiwum wprowadzono już odpowiednią ochronę przed kopiowaniem.

Inaczej sprawę przedstawia szefowa archiwum IPN Benadetta Gronek, która poprosiła o przesłanie pytań na piśmie. "Wewnętrzne systemy i sieci komputerowe w IPN są wyposażone w odpowiednie mechanizmy ochrony przed nieuprawnionym dostępem, zgodnie z zasadami obowiązującymi w organach administracji publicznej" - oświadczyła. I dodała: "Nie został zgłoszony ani odnotowany żaden przypadek zdarzenia o charakterze kryminalnym, w tym kradzieży, w związku z funkcjonowaniem czytelni". Jak zatem lista wydostała się na zewnątrz? "Nie mogę stwierdzić, czy cała lista jest faktycznie tym spisem, który znajduje się w jednej z baz danych IPN"- pisze dyr. Gronek.

Dla "Gazety" Krzysztof Kozłowski, b. senator, minister spraw wewnętrznych

Lista, która krąży, to zapewne nieuporządkowany rejestr: tajnych agentów, kandydatów na tajnych agentów, osób, o których nic nie wiadomo. To nieprawda, że każda z nich ma teczkę, zachowała się jedna trzecia teczek.

Można by mówić, że ujawnianie takich list jest ostateczną kompromitacją pomysłu LPR, która to chciała zrobić.

Jest jednak jedno "ale". Głupota ludzka jest niezmierzona. Ktoś będzie tym spisem grał. Dla osób nieświadomych jakaś tajna lista, nazwisko plus jeszcze numer oznaczają, że ten ktoś jest agentem.

Dlatego uważam, że stało się bardzo źle, że tego rodzaju dane nie były w IPN zabezpieczone, mimo że każdy, kto się na nich zna, wie, że mają niewielką wartość.

Dla "Gazety" prof. Andrzej Rzepliński, współautor ustaw o IPN i lustracyjnej

Cała ta sprawa to nie wina złych przepisów, tylko ludzi. Osoba, która skopiowała i rozesłała po redakcjach listę, popełniła przestępstwo z ustawy o ochronie danych osobowych, do której przestrzegania zobowiązany jest każdy.

A lista powinna była być zabezpieczona przed skopiowaniem. Zresztą właściwie nie powinna się w ogóle znaleźć w czytelni. Ustawa daje IPN-owi prawo do ujawniania nazwisk agentów, ale tylko wtedy, gdy badacze są "jednoznacznie przekonani" na podstawie całości materiałów, jakimi dysponują, że rzeczywiście dany człowiek był agentem czy tajnym współpracownikiem.

To, co zrobił ten, kto wyniósł listę, to praktyczna realizacja propozycji LPR-u, żeby po prostu ujawnić "listy agentów" bez ich uprzedniej żmudnej weryfikacji.