Polakom trzeba czytać filmy

Polska to telewizyjny skansen Europy - mówią o nas cudzoziemcy. Bo jeśli u nich telewizja wyświetla filmy z napisami albo świetnym dubbingiem, to u nas z ekranów słychać wyłącznie głos lektora.
Odwiedzający Polskę obcokrajowcy nie mogą wyjść ze zdumienia. - Jak możecie oglądać filmy, kiedy ktoś wam ciągle gada?! - pytają. Bo, niestety, lektor - nawet najlepszy - zagłusza oryginalną ścieżkę dźwiękową. Nie słychać aktorów, np. świetnego Seana Connery'ego z niezwykłym szkockim akcentem, nie słychać oryginalnej muzyki.

A w Europie? W Hiszpanii, Francji, Niemczech wybrali dubbing. Ale Skandynawowie wolą już napisy. Efekt? Najwyższy w Unii procent obywateli znających angielski i praktycznie zerowy analfabetyzm.

Dlaczego więc w Polsce wciąż słuchamy "głosów" (skoro np. wykonanie kopii z napisami jest niewiele droższe - o ok.15 proc., a telewizja publiczna ma "służyć rozwojowi kultury, nauki i oświaty" - art. 21, pkt 2, ppnkt 5 ustawy o radiofonii i telewizji)?

Kiedy zapytaliśmy o to Jarosława Szczepańskiego, rzecznika TVP, usłyszeliśmy: - Nie każdy film wyszedłby nam jak "Shrek". Poza tym nas na to nie stać. Na to sobie mogą pozwolić np. Hiszpanie, którzy dubbingują dla ogromnej widowni hiszpańskojęzycznej.

Przeciwko napisom zaś Szczepański ma takie argumenty: - Nie robimy ich, bo osoby słabo widzące lub wolniej czytające mogą nie nadążać. Poza tym ludzie, oglądając telewizję, robią jednocześnie parę innych rzeczy, np. herbatę, więc napisy zmuszałyby ich do skupienia uwagi na ekranie.

Szczepański co prawda przyznał, że napisy mogłyby pomóc w walce z wtórnym analfabetyzmem i uczyłyby języków obcych, ale szybko dodał, że to nie jest obowiązek telewizji.

Wydaje się więc, że na Woronicza mają o nas jedno zdanie. Dla nich widz jest jak inżynier Mamoń - lubi to, do czego się przyzwyczaił, a telewizja po prostu szanuje jego preferencje. Tylko że telewizja do końca nie wie, jakie one są. Ostatnie badania na ten temat były robione ponad dziesięć lat temu.

Czy w polskiej telewizji powinni być?