Uczniowie jak śledzie

Znów w szkołach publicznych zaczynają powstawać klasy, w których jest 30 i więcej uczniów. To samorządy dla oszczędności łączą małe klasy w duże. Rodzice i nauczyciele już biją na alarm
Od lat nauczyciele narzekali, że z powodu niżu demograficznego w szkołach jest coraz mniej dzieci, klasy są coraz mniejsze, a niejednej szkole grozi zamknięcie. Ostatnio i oni, i rodzice uczniów zaczynają mówić o zupełnie nowym zjawisku.

Grzegorz Baranowski posłał córkę do I klasy SP nr 58 w Poznaniu. - 1 września były dwie klasy. Każda miała swoją panią, swoją salę. 2 września były pierwsze lekcje. A trzeciego okazało się, że dzieciaki mają chodzić do jednej klasy, w której będzie ich 30 - opowiada. Teraz ta klasa ma lekcje w największej sali, bo tylko tam zmieściło się 15 dwuosobowych ławek. - Dzieci są poupychane jak śledzie w beczce - denerwuje się pan Grzegorz.

Inna poznańska podstawówka. Mama pierwszaka prosi, żeby nie podawać jej nazwiska ani numeru szkoły. Syn chodzi do klasy, gdzie jest 35 dzieci. Na początku roku szkolnego było za mało ławek, potem je doniesiono. Teraz trudno przejść między stolikami, a miejsca jest tak mało, że dzieci mają tornistry nie przy sobie, tylko z tyłu klasy. Co chwila wstają i chodzą, bo zapomniały ołówka, kredek czy farbek.

Podobne historie opowiadali nam rodzice z Bydgoszczy i Rzeszowa.

W rzeszowskiej SP nr 10 rodzice podpisywali specjalną zgodę na połączenie kilku małych klas (liczyły 16-19 uczniów) w większe, które teraz mają po 29 i 30 uczniów. Ale nie kryli rozgoryczenia. - W przepełnionych klasach poziom nauczania spadnie, więc będziemy musieli douczać dzieci na korepetycjach - mówi Anna Kozik, przewodnicząca rady rodziców. Bożena Kędzierska, wicedyrektor szkoły, rozkłada ręce: - Wypełniamy tylko polecenia urzędu miasta.

Dyrektorzy szkół wszędzie mówią to samo: pewnego dnia przychodzi pismo od urzędników oświatowych, że klasy mają być połączone. Bo im mniej klas, tym mniej samorządy dopłacają na szkoły ponad to, co dostają z budżetu państwa. Mniej klas to mniej nauczycieli i mniej pensji do wypłacenia.

Urzędnicy mówią, że to wszystko z powodu niżu demograficznego. W ostatnich latach klasy znacząco zmalały.

Tak rzeczywiście jest - mówią nauczyciele - ale problem w tym, że po połączenia dwóch niewielkich klas powstaje jedna przepełniona. I skarżą się, że w takich klasach nie da się pracować.

- Wcześniej nigdy nie krzyczałam na dzieci. Teraz łapię się na tym coraz częściej - wzdycha jedna z poznańskich nauczycielek, która ma 32-osobową klasę. - Ale inaczej nie można nad taką klasą zapanować.

Fatalne skutki po latach

Nowa sytuacja w szkołach zmobilizowała niektórych rodziców. Wojciech Plich - ojciec trójki dzieci i nauczyciel - zbiera podpisy pod wnioskiem o odwołanie wiceprezydenta Poznania Macieja Frankiewicza. Jeden z powodów to właśnie łączenie klas. W Bydgoszczy rodzice drugoklasistów z SP nr 58 poszli do wiceprezydenta Przemysława Nowaka wspierani przez posła PiS Tomasza Markowskiego. Wyprosili, żeby w czasie roku szkolnego nie łączyć czterech klas drugich w trzy. Do letnich wakacji mogą spać spokojnie. Ale co będzie we wrześniu?

Samorządowcy twierdzą, że nawet dużych miast nie stać na rosnące dopłaty do oświaty. Bo jeśli dołoży się na szkoły, to zabraknie na dziury w jezdni. Ale w każdym z trzech miast są też radni, którzy nie godzą się na tworzenie dużych klas.

- To tylko z pozoru służy miastu. Gmina trochę zaoszczędzi, ale uczniowie stracą - mówi bydgoski radny PiS Marek Gralik. - Fatalne skutki wyjdą po latach. Jeśli miasto będzie oszczędzało w ten sposób na oświacie, to uczniowie nie poradzą sobie potem z egzaminami. Zamknie im się też drogę na dobre uczelnie. A publiczne szkoły przegrają konkurencję z prywatnymi.