Żywe trupy na zakupy

Za kilka dni w Warszawie zostanie otwarte największe w Polsce centrum handlowe Arkadia. We współczesnej kulturze tzw. malle mają wyjątkowo zszarganą opinię. A jednak są celem pielgrzymek milionów ludzi.
Każda epoka ma swoją "grzeszną przyjemność" - coś, co potępiają mówcy z ambon i katedr, coś, co artyści starają się portretować w najczarniejszych barwach, a filozofowie obracają wniwecz w grubych księgach, a mimo to tłumy ludzi z radością się temu oddają. Grzeszną rozrywką naszych czasów są zakupy w centrach handlowych.

Tu nie ma miłości

Trudno znaleźć choć jedno dobre słowo na ich temat we współczesnej kulturze. Popkultura potępia je w sposób jednoznaczny - od piosenek jak "Lost In The Supermarket" The Clash po filmy jak "Świt żywych trupów" George'a Romero, centrum handlowe to miejsce symbolizujące zagrożenie. To może być sceneria do wielkiej strzelaniny i bijatyki, bardziej lub mniej zabawnej, w zależności, czy głównym bohaterem jest Arnold Schwarzenegger ("Commando") czy Jackie Chan ("Police Story"). Może to też być miejsce załatwiania brudnych interesów jak w "Jackie Brown" Quentina Tarantino, ale nie będzie to tło dla romantycznej sceny miłosnej.

Podobnie na to zjawisko spoglądają akademicy. Urbaniści załamują ręce nad śmiercią tradycyjnych centrów miast i zerwaniem europejskiej tradycji od antycznej agory i średniowiecznego rynku. Myśliciele lewicowi potępiają alienację i wyzysk człowieka w hipermarkecie, a prawicowi potępiają konsumeryzm. Lekarze wprowadzili już jednostkę chorobową "natręctwa zakupów" (Compulsive Shopping Disorder). Protest przeciwko centrom handlowym może zjednoczyć młodego antyglobalistę z kolczykiem w uchu z okutaną chustą babulinką z "Naszym Dziennikiem". A mimo to ludzie dalej głosują nogami. Dlaczego?

Dzieci dwóch utopii

Najlepszym przykładem tego głosowania jest kariera brytyjskich sieci hipermarketów takich jak Tesco. Sieci te stworzone zostały przez dwie polityczne utopie - powojenną utopię laburzystowską i konserwatywną utopię thatcheryzmu lat 80.

Laburzyści rządzący Wielką Brytanią po wojnie chcieli rozwiązać problemy mieszkaniowe przez budowę "nowych miast" (New Towns), do czego ramy prawne stworzyła ustawa New Town Act z 1946 roku. Miały być one zaprojektowane zgodnie z utopijnymi wizjami miasta-ogrodu takich myślicieli jak Ebenezer Howard. Mieszkańcy nowych miast mieli wszelkie zakupy robić w pięknie zaprojektowanym przez architekta centrum nowego miasta. Centrum nawiązywało do tradycji rynku i agory, dlatego nie przewidywano możliwości robienia w nim zakupów samochodem. Architekci nie brali pod uwagę tego, że mieszkańcy nie będą zachwyceni perspektywą długich pieszych spacerów z siatami w rękach.

W wielu New Towns pojawiało się to samo zjawisko. Piękne centrum świeciło pustkami, ludzie przemykali przez ten wygwizdów, by na zakupy jechać samochodem do hipermarketu pod miastem. Utopia laburzystowska stworzyła zapotrzebowanie na hipermarkety, a rozluźnienie w latach 80. architektonicznej kontroli przez konserwatystów pozwoliło stawiać obrzydliwe blaszane struktury bez opamiętania.

Najlepszą ilustracją tego jest Cumbernauld, nowe miasto zbudowane niedaleko Glasgow. Ten piękny przykład modernistycznej estetyki betonu i stali trafił na listę UNESCO dwudziestu zabytków brytyjskiej archiektury XX-wiecznej. Trafił też na drugie miejsce listy "Crap Towns" - najgorszych miejsc do zamieszkania ułożonej rok temu według plebiscytu czytelników magazynu "Idler".

Według planów w Cumbernauld miało nie być żadnego skrzyżowania z sygnalizacją świetlną - konsekwentne oddzielenie ruchu pieszego od motorowego miało pozwolić na pełną bezkolizyjność. W końcu w mieście jednak pojawiło się jedno skrzyżowanie ze światłami - na samej granicy, przy wjeździe do Tesco, którego raczej nikt nie wpisze na listę zabytków, ale z jakiegoś powodu mieszkańcy właśnie tam wolą iść na zakupy.

Architektura kleksa

Jednym z tych powodów jest zapewne skłonność mieszkańców do robienia zakupów samochodem, tym największym wrogiem urbanistów XX wieku. Wielkie domy towarowe zaczęto budować w centrach miast na długo przed wynalezieniem samochodu, ale właściwa historia centrum handlowego jako budowli wniesionej na obrzeżu miasta zaczyna się w 1922 roku, kiedy pod Kansas City otwarto Country Club Plaza przeznaczone głównie dla zmotoryzowanych. Samochód jednocześnie sprawił, że budowa centrów handlowych poza miastem stała się możliwa (bez niego klienci by nie dojechali) i że stała się wskazana, bowiem centra handlowe zużywają gigantyczną powierzchnię na miejsca parkingowe.

Ilustruje to przykład największego centrum handlowego na świecie West Edmonton Mall w Kanadzie, które zajmuje prawie 50 hektarów powierzchni i oferuje ponad 20 tys. miejsc parkingowych. Nic dziwnego, że tytuł największego centrum handlowego to jednocześnie tytuł największego parkingu świata. W obrębie miasta budowa takiego centrum nie jest możliwa ze względu na ceny gruntu.

Stąd pojawia się jednak zagrożenie, które doczekało się w angielskim osobnej nazwy: "sprawl" (można to przełożyć na "kleksową architekturę"). Sprawl to podmiejskie obszary, które nie są już wsią, ale nie stały się też zwartą zabudową miejską - przez obszary dotknięte sprawlem ciężko podróżuje się pieszo lub jest to w ogóle niemożliwe ze względu na brak chodników. W Polsce przykładem sprawlu mogą być ciągi centrów handlowych przy trasach wylotowych, np. hipermarkety wzdłuż Alej Jerozolimskich czy alei Krakowskiej.

Powrót żywych trupów

Wciąż jeszcze oszczędzono nam tego, co w sprawlu najgorsze: centra handlowe nie powstają z myślą o wieloletniej eksploatacji. Przy ich budowie sięga się po najtańsze możliwe rozwiązania jak stalowa blacha. Porzucenie centrum, które przegrało konkurencję, przynosi wtedy stosunkowo niewielkie straty. W Ameryce porzucone "martwe centra handlowe" są poważnym problemem urbanistycznym. W 2003 roku zorganizowano plebiscyt na najbardziej makabryczne martwe centrum, który wygrał Dixie Square Mall pod Chicago otwarty w roku 1966 i porzucony w roku 1979 (w rok po porzuceniu został wynajęty przez Johna Landisa, który nakręcił na jego terenie sceny z samochodowego pościgu w "Blues Brothers"). Przez te 24 lata zdążyły tam już wyrosnąć spore drzewa, które będą rosnąć dalej - bo na obszarach dotkniętych sprawlem niczego nie opłaca się remontować.

W Polsce jesteśmy jeszcze na etapie pionierskim - otwarcie nowych centrów handlowych wciąż budzi powszechny entuzjazm, którego nie podzielają tylko sklepikarze i architekci. Jednak doświadczenia pokazują, że miasta, w których sprawl wymknął się spod kontroli, czeka smutny los. Najpierw wyludnieniu ulega ścisłe centrum, z którego sklepy i punkty usługowe przenoszą się na przedmieścia. Część z nich wkrótce bankrutuje i zamienia się w upiorne pustkowia. Końcowym etapem sprawlu jest miasto, w którym nie da się nigdzie pójść na przyjemny spacer - bo zarówno w centrum, jak i na obrzeżach straszą pustkowia będące gotową scenografią do horrorów o "żywych trupach".

Faza porzucania też u nas musi prędzej czy później nastąpić, zwłaszcza w Warszawie, w której nowe centra handlowe otwierane są bez opamiętania. Amerykański przykład pokazuje, że nawet centrum handlowe bardzo modne i stosunkowo ładnie zaprojektowane może upaść z powodu pechowego zbiegu okoliczności - galeria Sherman Oaks pod Los Angeles, bardzo popularna w latach 80. (na jej terenie rozgrywa się scena pościgu z "Commando", a także m.in. komedie "Beztroskie lata w Ridgemont High" i "Dziewczyna z doliny"), popadła w zapomnienie na początku lat 90. i dopiero od niedawna nowi inwestorzy próbują ją ożywić.

Królik sam się wrobił

Najbardziej znanym przykładem miasta zabitego przez sprawl jest Los Angeles, którego centrum wygląda jak Pompeje - w połowie zeszłego stulecia w mieście praktycznie zlikwidowano transport publiczny, a przy tym przedmieścia zarosły siecią niewielkich centrów handlowych (minimalls), czego efektem był upadek ścisłego centrum. Stoją np. piękne reprezentacyjne kina wzniesione w latach 30. i nieużywane od 50 lat. Od kilkunastu lat władze miasta kosztem miliardów dolarów próbują ożywić centrum, na razie z niewielkim powodzeniem.

Ludzie porzucili piękne budowle w centrum na rzecz obrzydliwych minimalli, po prostu kierując się wygodą. Dokładnie to samo do sklepów takich jak Tesco przyciągało mieszkańców brytyjskich New Towns. Ale dopiero pod koniec lat 60. w architekturze na serio zaczęto brać pod uwagę kryterium wygody mieszkańców. Przedtem decydujące znaczenie miało np. nawiązywanie do antycznych tradycji czy wcielanie w życie futurystycznych utopii domu-maszyny Le Corbusiera czy miasta-ogrodu Howarda. Centra handlowe i sprawl to nieślubne dzieci architektonicznych utopii.

Rozwiązania są dwa - dbać o budowę centrów handlowych przyjaznych otoczeniu, które zamiast tworzyć "strefę sprawlu" naturalnie wrastają w miejską tkankę - jak otwarte w 1979 roku w centrum Paryża Forum-des-Halles. Oraz trzymać się z daleka od utopii i pamiętać, że wszystkie budynki przede wszystkim są dla ludzi i ich wygoda powinna być na pierwszym miejscu. Jeśli się o tym zapomni, ludzie będą szukać wygodniejszych rozwiązań gdzie indziej, a to dopiero może mieć katastrofalne skutki.