"Fahrenheit 9/11" - recenzja Tadeusza Sobolewskiego

Na festiwalu w Cannes sugestywny ?Fahrenheit 9/11? Michaela Moore'a. To film, który może mieć kolosalny wpływ na amerykańską rzeczywistość
Michael Moore w Waszyngtonie podchodzi do jednego z kongresmanów z zatroskaną miną: "Tak mało członków Kongresu ma synów w Iraku. Właściwie tylko jeden... Mógłby pan dać przykład i wysłać tam swoje dzieci?" - i podsuwa mu patriotyczne, wzywające do pójścia na wojnę broszurki. Kongresman, czując, że jest wrobiony, ucieka. Prezydent George W. Bush, którego Moore wziął na celownik, nie zdołał uciec. Kiedy za sześć tygodni "Fahrenheit 9/11" wejdzie na ekrany amerykańskich kin, szanse na powtórny wybór Busha znacznie zmaleją. Odczułem działanie tego filmu na sobie. Pomyślałem: Papież i ksiądz Musiał mieli rację - ta wojna nie miała sensu.

Można zrozumieć, dlaczego Moore nie chce, żeby jego film był pokazywany w telewizji, tylko w kinach. Oglądanie wojny w telewizji wywołuje u odbiorcy stan przyzwyczajenia. Wszystko, co się wydarza, staje się częścią programu. Media starają się być obiektywne, ale ten obiektywizm oznacza, że na wiarę przyjmuje się pewne założenia, nie stawia się pytań zasadniczych, które wydają się naiwne. Moore jest nieobiektywny - kwestionuje, podważa, wyszydza. Nie boi się naiwności. Bywa demagogiczny, ale trafia w powszechne odczucia. Często używa słowa "people". Gruby, nieogolony wygląda na przeciętnego lewicującego Amerykanina. Ile w tym stylizacji? Podobno w młodości chciał zostać księdzem. Chciał też, by Mel Gibson produkował jego film, ale ten dostał anonimowy telefon, że nie będzie miał potem wstępu do Białego Domu.

Inwazja, czyli wyzwolenie

Filmy Moore'a są kreacją. To odpowiedź na spektakl mediów, przybierający formy orwellowskie. "U Orwella - mówił Moore w Cannes - ludzie zmanipulowani strachem rezygnują z części swoich wolności, żeby dać się obronić. To właśnie stało się w Ameryce".

Na filmie amatorskim z wizyty prezydenta George'a W. Busha w szkole na Florydzie 11 września 2001 obserwujemy z bliska jego twarz w momencie, gdy doniesiono mu o ataku na Nowy Jork. Bush nie wie, co zrobić - nie ma przy nim żadnych doradców - więc dalej czyta dzieciom bajki.

Przeraźliwie pusto brzmią w filmie frazesy z przemówień Busha o demokracji i wolności. Głównym celem dochodzenia Moore'a są kulisy jego kampanii prezydenckiej oraz częściowo znane już powiązania Busha (poprzez naftowe interesy rodzinne w Teksasie) z rodziną królewską Arabii Saudyjskiej oraz rodziną ben Ladena. Przyczyny ataku 11 września Moore pomija - zajmuje się wyłącznie działaniami administracji Busha. Odnotowuje mało znany fakt, że przebywająca w USA liczna rodzina ben Ladena tuż po ataku, kiedy wstrzymano wszelkie loty, jako jedyna dostała pozwolenie na wylot ze Stanów.

Bombardowanie Afganistanu Moore pokazuje w formie westernowej czołówki, jako działanie pozorne. W tym samym czasie w USA zostaje rozpętana psychoza strachu. FBI inwigiluje działalność najmniejszych pacyfistycznych organizacji. Każde miasteczko szykuje się na atak wroga. Na fali powszechnej mobilizacji następuje inwazja na Irak. Według Moore'a miała ona przyczyny wyłącznie ekonomiczne. W filmie nie ma w ogóle mowy o Saddamie. Irak dla Moore'a jest "krajem, który nigdy nie zaatakował Ameryki".

Widzimy ciężarówki wypełnione trupami Irakijczyków, zabitych żołnierzy amerykańskich, znęcanie się nad jeńcami, terroryzowanie tubylców. I orgię propagandowych sloganów w telewizji. Britney Spears żująca gumę: "Mam zaufanie do prezydenta". Szef marketingu wielkiej firmy zaopatrującej armię: "Nie ma na świecie miejsca bardziej otwartego na biznes niż Irak". Spiker, który mówi "inwazja" i zaraz poprawia się na "wyzwolenie". Głos żołnierza w telewizji: "Niesiemy ideały liberalizmu i demokracji". I dla kontrastu, czytany przez matkę ostatni list jej syna żołnierza kończący się słowami: "Mam nadzieję, że ten kretyn nie będzie drugi raz wybrany". Moore rzuca to zdanie Bushowi w twarz, razem z pytaniem: po co ta wojna? I w tym już nie ma demagogii.

Amerykański Stańczyk

Zapytany w Cannes, jak ocenia stanowisko Hiszpanii po zamachu madryckim, Moore nie jest w stanie powiedzieć nic konkretnego. Nie można od niego oczekiwać politycznych komentarzy. To inny temperament. To raczej Stańczyk Ameryki, który chce wytrącić obywateli z orwellowskiego poczucia, że czarne jest białe, a wojna jest pokojem. Za naszej pamięci cytaty z Orwella były używane wyłącznie wobec systemu komunistycznego. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego typu demaskacji w stosunku do demokratycznie wybranych polityków. W satyrze podziemnej w podobnie krwawy sposób rozprawiano się z Breżniewem czy Honeckerem. Różnica polega na tym, że tamta satyra nie miała bezpośredniego skutku - ta będzie miała. Choć również jest aktem dużej odwagi.

Twórca "Fahrenheita 9/11" (tytuł oznacza "temperaturę, w której płonie wolność") uprawia rodzaj kabaretu dokumentalnego. Mówiąc o najpoważniejszych problemach Ameryki, wywołuje śmiech. Sam Moore ma twarz śmiertelnie poważną - bohaterem komicznym jest u niego "teksaski nafciarz, który wszedł w rolę przywódcy świata".