"Od razu pobiegłem z sąsiadami pomagać. To masakra"

Mieszkańcy Chałupek od razu po zderzeniu pociągów ruszyli na pomoc. Ludzie w pociągu próbowali za wszelką cenę utrzymać kontakt. Kto mógł, krzyczał, że żyje, że potrzebuje pomocy. Oni pomagali im wydostać się z wraków wagonów
- To masakra, wagony spadły, jeden leżał na drugim, chyba trzy albo cztery, spadły też obie lokomotywy, w środku wyglądało to strasznie - relacjonował Adam Warot, który dotarł na miejsce wypadku.

"Rękami rwaliśmy siedzenia"

- Z jednego przedziału wyciągnęliśmy trzy osoby. Dziewczyna wyszła o własnych siłach, dwóch chłopców musieliśmy wyciągać. Tam był jeszcze jeden człowiek. Nie wiem, czy przeżył, mam nadzieję, że tak. Wszystko jest zmiażdżone, rękami rwaliśmy siedzenia, potem bardzo szybko przyjechali strażacy - opowiada mężczyzna.

Do czołowego zderzenia dwóch pociągów doszło o godz. 20.57 na szlaku Starzyny - Sprowa na linii kolejowej 64, która jest zjazdem z Centralnej Magistrali Kolejowej w kierunku Krakowa. W wypadku uczestniczyły pociąg TLK "Brzechwa" relacji Przemyśl - Warszawa i pociąg Interregio Warszawa - Kraków. 15 osób zginęło, 56 jest rannych.

"Bałem się ją ruszyć"

Jako jeden z pierwszych na miejscu wypadku był Tomasz Wikliński, od torowiska jego dom dzieli 300 metrów. - Siedzieliśmy w domu, nagle zadrżały szyby w oknach. Tata poszedł sprawdzić, czy coś się nie pali, za chwilę zadzwoniła sąsiadka, że coś się stało na torach, od razu wybiegliśmy z domu - mówi.

Gdy dobiegł do pociągu, na miejscu była już straż pożarna. - Szukali ludzi. Wszedłem do jednego z wagonów, zobaczyłem człowieka, który wisiał. Strażak powiedział mi, żeby mu tamować krew, więc tamowałem, a oni próbowali mu uwolnić zakleszczoną nogę, potem go zabrali. Potem usłyszałem wołającą dziewczynę. Była gdzieś wyżej, wszedłem tam przez okno, widziałem, że ma przyciśnięte nogi, na pewno jedną złamaną w kolanie. Bałem się ją ruszyć, strażak kazał mi z nią cały czas rozmawiać, w tym czasie oni wycięli okno i ją wynieśli - opowiada Wikliński. Mówi, że ludzie w pociągu strasznie się bali, próbowali za wszelką cenę utrzymać kontakt. Kto mógł, krzyczał, że żyje, że potrzebuje pomocy.

"Huk i rumor"

Grzegorz Wyrwał, gdy doszło do katastrofy, był w domu. - Usłyszałem huk i rumor, myślałem, że to jakiś wypadek samochodowy. Po chwili zorientowałem się, że to coś na torach - mówi. - Pomagaliśmy, pokazywaliśmy ratownikom drogę, ludzie wołali o pomoc. Coś strasznego - opowiada mężczyzna.

Do kolejowej kraksy doszło 200-300 metrów od zabudowań. Niedaleko mieszka Zenon Moręda. - To było uderzenie, huk, wyjrzałem przez okno i było ciemno, ale zaraz zobaczyłem światła latarek, była masa ludzi. Moi synowie i ja też pobiegliśmy, synowie pomagali tym ludziom, wynieśli kilka osób. Ludzie krzyczeli o pomoc, pomagali sobie nawzajem, ale niektórzy byli uwięzieni. Po nasypie były porozrzucane ciała - opowiada i zastanawia się, jak mogło dojść do katastrofy. - Przecież tu są dwa tory i oba są otwarte. Ten pociąg od Warszawy powinien jechać prawym torem, kto go puścił na ten lewy, jak to się mogło stać?! - komentuje.

Mieszkańcy Chałupek byli po prostu niesamowici

- Byłem zaskoczony niezwykle sprawną organizacją panującą w jednej z dwóch szkół, do której przewożono pasażerów. Pojawiło się wiele osób, to chyba byli wszyscy mieszkańcy wsi Chałupki. Zachowywali się bardzo opiekuńczo i gościnnie - przynosili ze sobą kanapki, parzyli herbatę. To niesamowite. Lokalny sklepikarz przyniósł ze sobą zgrzewki jogurtów i kefiru. Około godziny pierwszej w nocy PKP podstawiło autokary mające przewieźć poszkodowanych m.in. do Krakowa czy Warszawy. W międzyczasie nieliczne ciężko ranne osoby, które przewieziono do szkół, były zabierane do szpitali - relacjonuje pasażer, który wyszedł cało z katastrofy.

Więcej o: