Czy Rosja "połknie" Białoruś

W Moskwie wchłonięcie Białorusi przez Federację Rosyjską uważają za rzecz nieuchronną i naturalną. Dla większości Rosjan niezależność Mińska to anomalia. Rozwiązać trzeba tylko problem Aleksandra Łukaszenki, ale to, jak mówią politycy, tylko ?kwestia ceny"
Rosjanie lubią telewizyjny program satyryczny "KWN" ("Klub Wesołych i Bystrych"). W tym turnieju kabaretów studenckich z miast krajów WNP często nabijają się z suwerenności Ukrainy. Wystarczy niby "z ukraińska" powiedzieć "niezałyżna", a już publika śmieje się szyderczo.

- Z Ukrainą nie jest jeszcze najgorzej. Ale z niezależności Białorusi nikt sobie nawet żartów nie stroi. Ona dla Rosjan jest jak żyrafa dla pierwszych Europejczyków podróżujących po Afryce - coś takiego istnieć nie może - mówi socjolog Aleksiej Lewinson.

Niezależność "na niby"

- Z naszych badań wynika, że dla przeciętnego Rosjanina "niepodległa Białoruś" i w mniejszym stopniu "niepodległa Ukraina" to absolutna abstrakcja - dodaje Jurij Lewada, dyrektor Ogólnorosyjskiego Centrum Badania Opinii Publicznej. - Te ziemie od wieków były przecież "nasze". Granica między Rosją a słowiańskimi sąsiadami i jakieś tam bariery celne szokują większość Rosjan jako coś sprzecznego ze zdrowym rozsądkiem. Cóż to za suwerenne państwo, którego prezydent mówi może nieco dziwnie, ale po rosyjsku.

Lewada przypomina, że "niezależność" Kijowa i Mińska od dawna były "na niby". - Radziecka Ukraina i Białoruś miały nawet swe przedstawicielstwa w ONZ, ale zdawano sobie sprawę z tego, że te atrybuty "niepodległości" to tylko trik propagandowy, diabelski żart Józefa Stalina. I dodaje, że każdy polityk rosyjski, który otwarcie powie, że Białoruś trzeba wchłonąć, zyska na popularności.

Tak też stało się z Władimirem Putinem, który najpierw w lipcu powiedział, że nie pozwoli, by białoruska "mucha" pchała się na rosyjski "kotlet", a potem w sierpniu powiedział Łukaszence, że integrację obu krajów rozumie jako włączenie białoruskich guberni do Federacji Rosyjskiej. To podniosło jego i tak już niewiarygodnie wysokie notowania z 73 proc. poparcia w lipcu do 76 proc. w sierpniu - wynika z badań Lewady.

"Samobójstwo" czy "wchłonięcie"

Tygodnik "Moskowskije Nowosti" napisał, że Putin zaproponował Białorusi jako państwu i Łukaszence jako politykowi "popełnienie samobójstwa". Obserwatorzy i politycy rosyjscy w propozycji prezydenta nie widzą jednak nic niemoralnego. No, może poza komunistami, którzy niezdecydowanie próbują wyrażać coś w rodzaju oburzenia. - Czym się tu oburzać? - mówi "Gazecie" Aleksiej Mitrofanow, jeden z liderów nacjonalistycznej partii Władimira Żyrinowskiego. - Prezydent, jak od dawna chciało nasze ugrupowanie, zaproponował Mińskowi sprawdzony, dobry niemiecki wariant integracji...

Ma Pan na myśli anszlus, powrót do hasła "jedno państwo, jeden naród, jeden wódz"?

- Nie. Myślę o wchłonięciu Niemiec wschodnich przez zachodnie 12 lat temu...

Ale tam był rzeczywiście jeden naród, sztucznie podzielony...

- A tu jest inaczej? Kto w Mińsku tak naprawdę jest przeciw integracji według "wariantu niemieckiego"? 10-15 przedstawicieli elity biurokratycznej. I co, Moskwa nie poradzi sobie z nimi? Z naszym doświadczeniem historycznym? Już car Iwan Groźny, gdy przyłączał do swojego państwa ziemie pskowskie, wziął na Kreml bojarów pskowskich, a moskiewskich posłał do Pskowa. Urzędnicy mińscy za ciepłe fotele moskiewskie oddadzą wszystko. Proszę mi wierzyć - mówi Mitrofanow.

- O jakiej niezależności słyszymy? - zastanawia się Michaił Margiełow, bliski Kremlowi szef komisji zagranicznej Rady Federacji. - W Mińsku niezależna jest maleńka część elity politycznej. A reszta narodu myśli tylko o tym, jak przyjechać do Rosji i zarobić u nas trochę grosza. To jest suwerenność? Można by rozpocząć wielką filozoficzną dyskusję na ten temat, ale lepiej trzymajmy się praktyki i konkretów - mówi Margiełow "Gazecie".

Konkrety według niego są takie, że włączenie ośmiu guberni białoruskich do Federacji Rosyjskiej przyniesie korzyści i wszyscy będą mieli udział w zyskach. Biurokracja białoruska "elegancko i gładko wpisze się" w system biurokracji rosyjskiej, bo to da jej "większe przywileje". "Czerwoni dyrektorzy na Białorusi" dostaną możliwość "uczestnictwa w prywatyzacji swoich firm, i to na prawach pierwszej nocy". - Prostego Białorusina na pewno ucieszy, że dostanie paszport kraju, z którego mimo wszystko łatwiej jest dostać się dziś do Europy - dodaje Margiełow i zastrzega, że według niego Rosja wcale nie proponuje swemu sąsiadowi samobójstwa. - A gwoli historycznej tradycji, miejsce w ONZ Białoruś mogłaby zachować - dodaje senator.

I Putin na 18 lat

W Moskwie więcej się też mówi o tym, jaki "udział w zyskach" z wchłonięcia Białorusi będą mieć Rosjanie. Nikt już nie przeszkodzi wielkiemu biznesowi w prywatyzacji firm białoruskich - przede wszystkim rurociągów i petrochemii. Generałowie będą mogli sięgnąć po świeże białoruskie mięso armatnie tak potrzebne na Północnym Kaukazie.

Największy udział w zyskach politycznych może mieć jednak prezydent Putin. Proces integracji czy też inkorporacji ma się zakończyć wyborami prezydenckimi, które - zgodnie z harmonogramem zaproponowanym przez gospodarza Kremla - miałyby się odbyć w marcu 2004 r. Akurat wtedy, kiedy w Rosji ma być wybierany szef państwa na nową kadencję.

"Wybory po integracji" byłyby przeprowadzone zgodnie z nową konstytucją (trzeba by ją zmienić choćby po to, by na listę regionów Federacji Rosyjskiej wpisać osiem guberni białoruskich). A przy okazji można by też zmienić i czas trwania kadencji prezydenckiej - choćby do siedmiu lat, jak proponują regionalne oddziały proputinowskiej partii Jedna Rosja.

Gdyby w roku 2004 Putin był wybrany zgodnie z nową konstytucją nowego państwa, to wtedy formalnie rozpocząłby sprawowanie władzy także od nowa. Miałby przed sobą dwie kadencje - każda, być może, po siedem lat. "Nowyje Izwiestia" jeszcze wiosną zapowiadały, że Putin będzie rządził Rosją tak długo jak Leonid Breżniew ZSRR, czyli 18 lat.

Casus Łukaszenki

Jedyną przeszkodą na drodze do integracji jest dziś dla Moskwy Aleksander Łukaszenko, który obrażony na Putina porównuje go dziś do Stalina czy Hitlera i stara się robić wrażenie, że Rosja połknie Białoruś tylko po jego trupie. W Moskwie powszechna jest jednak opinia, że nie będzie trudno pokonać tę przeszkodę.

Jak zapewnił "Gazetę" Aleksandr Fadiejew, ekspert Instytutu Krajów WNP, Kreml "rozpoczął i prowadzi intensywne poszukiwania następcy Łukaszenki". Mitrofanow z kolei uważa, że żaden następca nie będzie potrzebny. - Dogadamy się z Aleksandrem Grigoriewiczem - zapewnia.

Jak?

- Można by stworzyć w Rosji stanowisko wiceprezydenta. Łukaszenko przyjmie je na pewno. Bo gdzie się podzieje? Teraz udaje, że chce się sprzymierzyć z Zachodem. A przecież wszyscy wiemy, że Zachód od Białorusi może chcieć tylko jednego - pozbycia się Łukaszenki.

Rosja miała już wiceprezydenta Aleksandra Ruckoja. W 1993 r. zbuntował się przeciw Jelcynowi. Czy próbować jeszcze raz, i to z Łukaszenką, nie jest zbyt ryzykowne?

- To były inne czasy. Teraz sytuacja jest bardzo stabilna i żadnego ryzyka nie ma. A przy tym kto mówi, że wiceprezydent miałby jakąś realną władzę?

Za Łukaszenką w Moskwie opowiadają się dziś tylko komuniści. Gdy Putin ogłosił, że Rosja powinna wchłonąć Białoruś, partyjne gazety w małych notkach powtarzały tylko, że Moskwa powinna szanować suwerenność sąsiedniego narodu. Ostatnio "Sowietskaja Rossija" napisała wojowniczo: "Jeszcze nie wiadomo, kto kogo włoży sobie za pazuchę i będzie spożywał słodkie owoce zwycięstwa - 100-proc. zachodni Putin czy zwolennik prawdziwej jedności Słowian Łukaszenko".

W rosyjskiej partii komunistycznej, którą dziś popiera co trzeci wyborca, od dawna marzą o nowym charyzmatycznym przywódcy, który mógłby zastąpić nudnego aparatczyka Giennadija Ziuganowa. I powtarzają, że Łukaszenko idealnie by pasował. Gdyby więc Kremlowi udało się "połknąć" Białoruś, to Łukaszenko, odrzucając to, co Kreml mógłby mu dać na otarcie łez, mógłby stanąć na czele odrodzonej i niebezpiecznej dla Putina opozycji.