"Słyszę: Pielęgniarka pracuje z potrzeby serca, nie po to, by zarabiać" [LIST DO REDAKCJI]

"Moim marzeniem jest pracować w jednym miejscu i nie wyrabiać dwustu lub trzystu godzin w miesiącu, by było mnie stać na pokrycie wszystkich opłat" - pisze nasza czytelniczka. Podobnie jak strajkujący personel z CZD, jest pielęgniarką. I pokazuje, jak wygląda jej praca.
Swoją historię w liście przesłanym do redakcji opisała pani Magda, pielęgniarka pracująca w jednym z warszawskich szpitali:

"Jestem pielęgniarką, pracuję w szpitalu. Chciałam podzielić się kilkoma refleksjami związanymi z tym, co robię; tym, co jest moją pasją i co robię z przyjemnością. Bo choć swój zawód przypłacam niestety zdrowiem, daje mi on energię do życia.

Pasja wykształciła się w trakcie studiów; już wtedy dochodziły do mnie głosy, czy aby na pewno dobrze wybrałam, czy nie lepiej byłoby zmienić zakres swoich zainteresowań Niestety i nie chodziło tu o zakres obowiązków (których, nie oszukujmy się, mamy coraz więcej), ale właśnie o pieniądze, których w tej branży zawsze brakowało. Bo przecież "personel średni" (pokutujący archaizm) nie wymaga większej uwagi, docenienia, motywowania. Kiedyś usłyszałam: "Pielęgniarka pracuje z potrzeby serca, a nie po to, by zarabiać". Cóż...

Jak się okazuje, jest wiele osób, które wychodzą z podobnego założenia. Bo przecież "Siostra" jest w szpitalu właśnie po to, by się poświęcać. Najczęściej jest to kobieta (nie umniejszając roli męskiego grona pielęgniarzy), a więc prawdopodobnie matka, żona, osoba prowadząca dom, utrzymująca w porządku ognisko domowe. Ale nadal jest to kobieta, która ma na utrzymaniu dzieci, spłaca kredyt, odkłada na swoje cele. Są pielęgniarze, którym urodziło się dziecko, którzy chcą zapewnić sobie i swoim bliskim spokojny miesiąc bez zastanawiania się, czy dotrwają do przysłowiowego "pierwszego" bez konieczności brania pożyczki w "chwilówkach".

"Chcę żyć i mieć czas na życie. Póki co mi ono ucieka"

W ten piękny zawód wpisana jest empatia, ochrona, pomoc, dynamika. Jednak z czasem pojawia się coś, co wszystkich nas dopada, wypala, tłumi nasz zapał, odsuwa idee na dalszy plan. Brak motywacji, która w głównej mierze związana jest z niewypłacanymi pieniędzmi i brakiem jakichkolwiek nadziei na podwyżki. Nie mówię o pochwałach i pochlebstwach (choć czasami miło jest usłyszeć, że coś dobrze się zrobił, choćby "jest pani wspaniałą pielęgniarką!'), nie pracuję tu bowiem po to, by być głaskaną i dobrodusznie poklepywaną. Ja jestem w pracy i jak każdy pracujący człowiek chcę otrzymywać wypłatę za przepracowany czas.

Moim marzeniem jest pracować w jednym miejscu, nie biegać z przychodni do szpitala, nie wyrabiać dwustu lub trzystu godzin w miesiącu po to, by było mnie stać na pokrycie wszystkich opłat. Chcę żyć i zarabiać godnie, i po prostu mieć czas na to życie, bo póki co ono ucieka mi między palcami.

Chciałam udowodnić sobie i innym starszym pielęgniarkom, które kiedyś próbowały mnie odwieść od mojego pomysłu na życie, że jestem warta tego, by być tu i wykonywać ten właśnie zawód. Chciałam im pokazać, że wszystkie razem możemy wywalczyć więcej, bo przecież to nasza wspólna walka o lepsze jutro. Widzę teraz, jak wiele przeszkód staje na drodze do polepszenia naszej sytuacji - począwszy od władz szpitala, które ograniczają do minimum ilość personelu pielęgniarskiego.

My jednak nie jesteśmy robotami, nie można nam tak po prostu wymienić części, która się zużywa i nakręcić sprężynki, byśmy były bardziej wydajne. Jesteśmy ludźmi i nie zrobimy więcej, niż pozwolą na to siły. Jesteśmy w końcu ludźmi, których ubywa, których zabraknie. Jesteśmy pielęgniarkami i pielęgniarzami, którzy wykształceni i wyszkoleni na najwyższym poziomie znajdą swoje miejsce tam, gdzie zostaniemy wreszcie docenieni i nie odbije się to kosztem naszych rodzin, życia i zdrowia."



Na Wasze listy czekamy pod adresem listydoredakcji@gazeta.pl.

Redakcja zastrzega sobie prawo do niepublikowania wszystkich listów.