Do tej pory uparcie odmawiał zeznań. Teraz były strażnik z Auschwitz przerywa milczenie

Reinhold H. miał niespełna 20 lat, kiedy został oddelegowany do obozu zagłady Auschwitz. Był tam strażnikiem. Swojej żonie, dzieciom, wnukom nigdy nie powiedział prawdy. Aż do obecnego procesu w Detmold.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

94-letniemu Reinholdowi H., który w latach 1943-1944 był strażnikiem w Auschwitz, prokuratura zarzuca współudział w zamordowaniu 170 tysięcy ludzi. Zdaniem oskarżycieli przyczynił się on do funkcjonowania niemieckiego obozu zagłady. Stał na straży systemu, którego celem było mordowanie - drogą brutalnych selekcji, przez głodzenie, przemoc, masowe egzekucje i komory gazowe. Wobec oskarżonego nie wysunięto jednak zarzutu zamordowania konkretnych osób.

Reinhold H. miał wtedy niespełna 20 lat. Przez całe życie milczał na temat mrocznego rozdziału swojej biografii. Żonie, dzieciom i wnukom opowiadał, że w czasie wojny przebywał na froncie wschodnim. Ani słowa o Auschwitz, swojej roli w obozie i o tym, co myśli po latach.

Kilka zdań przeprosin

Milczenie przerwał w trzynastym dniu procesu w Detmold. Drżącymi rękoma sięgnął po kartkę i wygłosił kilka przepraszających zdań. "Milczałem przez całe swoje życie ( ). Głęboko żałuję, iż należałem do zbrodniczej organizacji odpowiedzialnej za śmierć wielu niewinnych ludzi, zniszczenie licznych rodzin, nędzę, męki, cierpienie ofiar i ich bliskich. Jest mi wstyd, że biernie przyglądałem się tej niesprawiedliwości. Przepraszam za swoje postępowanie. Niezmiernie mi przykro" - powiedział Reinhold H.

Jego osobiste wystąpienie zaskoczyło obserwatorów procesu. Do tej pory były strażnik z Auschwitz biernie obserwował proces, milcząc uparcie, nawet wtedy, gdy ocaleli z zagłady nalegali na jego zeznania. Świadek w procesie, Leon Schwarzbaum, który przeżył Auschwitz, apelował do Reinholda H., by dał świadectwo historycznej prawdzie. Wielokrotnie podkreślał, że nie zależy mu na tym, by starzec trafił do więzienia.

"Chciałbym, aby mnie tam nigdy nie było"

Wraz z adwokatem Reinhold H. opracował 23-stronicowe oświadczenie, które obrona odczytała po osobistym wystąpieniu oskarżonego. Oświadczenie to było portretem własnym esesmana, który znalazł się w Auschwitz. Rzekomo macocha wysłała Reinholda H. do SS, aby "mógł w życiu coś osiągnąć". Odłamek granatu w skroni sprawił, że został przeniesiony z frontu wschodniego do "służby wewnętrznej" w Auschwitz. "Ludzie byli tam rozstrzeliwani, zagazowywani, paleni" - przyznał 94-latek w swoim oświadczeniu. Dodał, że wiedział o tym już po kilku tygodniach pobytu w Auschwitz. "W pierwszych dniach nikt nam o tym nie powiedział, ale po dłuższym czasie każdy wiedział, co tam się dzieje" - napisał. Stwierdził, że w obozie panowała atmosfera, której nie jest w stanie obecnie opisać.

Z obawy przed "złymi konsekwencjami" posłusznie spełniał swoje obowiązki. Prawie zawsze, bo jak zaznaczył, czasami pomagał więźniom obozu. Na próżno starał się o przeniesienie na front: "Auschwitz było koszmarem. Chciałbym, aby mnie tam nigdy nie było" - zakończył pisemne oświadczenie.

"Czy można za to przeprosić?"

Choć i na to oświadczenie przedstawiciele ofiar długo czekali, zareagowali na nie z rozczarowaniem. - On widział i wiedział o wszystkim, ale nic nie zrobił - podsumował Christoph Heubner z Międzynarodowego Komitetu Oświęcimskiego/Auschwitz, podkreślając, że oskarżony opisał swoją rolę jakby był tylko obserwatorem. Również Leon Schwarzbaum przyjechał do Detmold z większą nadzieją. - Upiększył wiele rzeczy - powiedział Schwarzbaum, który przeżył Auschwitz, ale stracił 35 krewnych. - Czy za coś takiego w ogóle można przeprosić? - pytał. Wyrok sądu w Detmold ma zapaść już niebawem.