Reżyser "Smoleńska" był poddawany presji. Dowody? Głuche telefony, SMS-y i... karta śmierci w tarocie

1. Reżyser Antoni Krauze stwierdza, że w Smoleńsku doszło do zamachu
2. Krauze opowiada też o "atmosferze zagrożenia" w trakcie kręcenia filmu
3. "Różni dziwni ludzie ostrzegali mnie, bym na siebie uważał" - mówi

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

Reżyser "Smoleńska" Antoni Krauze nie wierzy w katastrofę prezydenckiego Tu-154M. Pytany przez Roberta Mazurka, czy w Smoleńsku był zamach, odpowiada: - Moim zdaniem to bezsporne, był. Ktoś to musiał zorganizować. - Wszyscy, którzy byli tego dnia w Smoleńsku, podkreślali, że dzień zaczął się pięknym słońcem i nagle koło ósmej pojawiła się mgła - mówi w "Rzeczpospolitej".

Powtarza też obalone przez naukowców tezy zespołu Antoniego Macierewicza. - Nie jest możliwe, by w zderzeniu z miękkim podłożem [samolot - red.] nie wytworzył ogromnego leja. Nie da się też inaczej niż wybuchem wytłumaczyć, iż samolot rozpadł się na kilkadziesiąt tysięcy części - przekonuje.

Krauze uważa, że "to dość oczywiste", że zamachu dokonali Rosjanie. Powołując się na książkę Jurgena Rotha dodaje, że stało się tak w porozumieniu z "wysoko postawionym polskim politykiem".

Przestroga w tarocie

Krauze zapewnia, że - wbrew doniesieniom środowiska filmowego - na producentów "Smoleńska" nie było nacisków ze strony Jarosława Kaczyńskiego. Co nie oznacza, że nacisków nie było w ogóle. - Faktycznie, poddawano mnie potwornej presji (...) Tworzono atmosferę zagrożenia. Wielokrotnie różni dziwni ludzie ostrzegali mnie, bym na siebie uważał - zdradza reżyser.

Opowiada m.in. o tym, jak w nocy dzwoniono domofonem do jego mieszkania i wysyłano "dziwne esemesy". Dopytywany przez dziennikarza, Krauze wyjaśnia: - Sprzyjająca mi osoba kolejny raz stawia mi tarota i zawsze wychodzi jej karta śmierci. Reżyser nie zgłaszał tych sytuacji policji. - Przecież nikt mi nie groził, tylko przestrzegał - wyjaśnia.

Niechęć do "Smoleńska"

W rozmowie Krauze stwierdza też, że "sam już nie wie", dla jakiego odbiorcy powstał film. Jego intencje były natomiast takie, by "w miarę rzetelnie" pokazać "co się wydarzyło, i pokazać historię manipulacji, której wszyscy byliśmy poddani".

Mimo zapewnień, że film "nie rekonstruuje żadnej wersji zamachu", współpracy przy nim odmówiło wielu aktorów. W tym Marian Opania, któremu Krauze chciał zaproponować rolę Lecha Kaczyńskiego. - Niechęć do tej tematyki, do "Smoleńska", okazała się silniejsza niż przyjaźń - ubolewa reżyser.



Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!