Prezydent patronuje imprezie ONR. Na plakacie sprawca ludobójstwa na Podlasiu

Prezydent Andrzej Duda objął patronatem współorganizowany przez ONR Hajnowski Marsz Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Kontrowersje budzi przede wszystkim postać, którą narodowcy stawiają na piedestale - sprawca ludobójstwa sprzed 70 lat.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

Na stronie internetowej prezydenta znajduje się zakładka "Żołnierze Wyklęci". Są tam informacje o poszczególnych wydarzeniach z okazji obchodów Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych oraz druczek do wniosku o Patronat Narodowy. Ów patronat jest - jak czytamy na stronie - "wyrazem wdzięczności i uznania Prezydenta RP dla tych wszystkich, którzy przyczyniają się do przywracania prawdy historycznej i pielęgnowania pamięci o bohaterach drugiej konspiracji".

Po wniosek zgłosili się również organizatorzy I Hajnowskiego Marszu Pamięci Żołnierzy Wyklętych - Obóz Narodowo-Radykalny, organizacja "Narodowa Hajnówka" i Stowarzyszenie Historyczne im. Danuty Siedzikówny "Inki". Kancelaria Prezydenta patronatu udzieliła.



"Przywracanie należnej pamięci"?

Sprawę nagłośniła Partia Razem, apelując o wycofanie patronatu i przypominając o "bestialskich mordach" jednej z postaci wychwalanych przez organizatorów marszu. Chodzi o Romualda Rajsa "Burego", który znalazł się w centralnym miejscu na plakacie promującym wydarzenie. Czy w jego przypadku można mówić o "przywracaniu należnej pamięci", o co tak dopominają się narodowcy? Patrząc na ustalenia śledztwa Instytutu Pamięci Narodowej w sprawie działań jego oddziału - nie.



Spalone 7-dniowe dziecko

"Bestialskie mordy", o których pisze Razem to tragiczne wydarzenia z początku 1946 roku. Oddział dowodzony przez Rajsa pozbawił życia - przez rozstrzelanie i spalenie - 79 cywilnych mieszkańców powiatu Bielsk Podlaski.

Zeznania świadków zawarte w aktach sprawy przerażają opisem okrucieństwa. Mieszkańcy wsi Zaleszany zostali wezwani "na zebranie". Zginęli wszyscy, którzy się na nie nie stawili. Nie wszyscy przyszli, bo - jak czytamy - jedni "nie mieli w czym, byli biedni, nie mieli nawet butów". Inna rodzina zginęła, bo matka nie chciała zostawić dzieci bez opieki. "Spaleniu uległa córka Bazyla i Tatiany Leończuków - nie ochrzczone, 7-dniowe dziecko, gdyż matka zostawiła je w domu, będąc przekonana, iż niezwłocznie wróci z zebrania" - to kolejna rodzina. I następna: "Podczas ucieczki ze swojego płonącego domu został zastrzelony Grzegorz Leończuk wraz z dwójką małych dzieci: Konstantym w wieku 3 lat i 6-miesięcznym Sergiuszem".

Przeczytaj więcej o śledztwie IPN >>>

"Impulsywny" dowódca

Tak było też z kolejnymi wsiami. 1 lutego 1946 r. Rajs przydzielił dowódcom zadania zniszczenia po jednej ze wsi: Zanie, Szpaki, Końcowizna. Z wiosek zabierano furmanów, którzy mieli wozić wojskowych, a innych rozstrzeliwano i palono. Ale i furmanów rozstrzelano, gdy przestali być potrzebni.



Dlaczego ludzie Rajsa mordowali ludność cywilną? Z zeznań przedstawionych przez IPN wynika wprost - mieszkańcy wsi byli nieprzychylnie ustosunkowani do jego oddziału, a dodatkowo byli narodowości białoruskiej. W podsumowaniu Instytut informuje, że nie bez znaczenia była "impulsywność" dowódcy.

"Sprzeciwiamy się stawianiu obok rzeczywistych bohaterów podziemia zwykłych bandytów będących sprawcami ludobójstwa" - pisze Razem i przypomina, że w tym roku przypada 70. rocznica wydarzeń na Podlasiu.



Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!