Gnijące jedzenie, szczury w łóżku i pomysły z księżyca. Współlokatorzy z piekła rodem

Kto nie mieszkał ze współlokatorem, ten nie zaznał prawdziwego życia. Potwierdzi to każdy, kto kiedykolwiek żył z obcymi ludźmi.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

Kim jest współokator? Ile osób, tyle doświadczeń. Współlokator to ktoś, kogo czasem (czasem?) żałujesz, że w ogóle spotkałeś. I świetny nauczyciel życia.

Uczy cię wielu rzeczy: dostrzegania piękna w małych rzeczach - w czystych naczyniach na przykład. I ulotności tego piękna, bo wiesz, że już następnego dnia czysta kuchnia powróci do domeny mitów.

W ogromnym skrócie: życie ze współlokatorami to saga pełna bitew, zdrad i absolutnie nieoczekiwanych zwrotów akcji. Kto nie wierzy, nie zajrzy chociażby na słynny fanpage "Ch**wi współlokatorzy". Albo przeczyta kilka epizodów z tej sagi, które członkowie naszej redakcji przeżyli osobiście:

Marcin: Akademik to ambasada piekła na ziemi

Więc wyjeżdżasz na studia? I do tego zamieszkasz w akademiku? Cieszysz się? Jeszcze jak! Tyle przecież słyszałeś o tych niesamowitych imprezach, które trwają nie jeden, nie dwa, ale całe trzy dni!

Ale wstrzymaj konie, młodsza wersjo mnie. Opowiem ci pouczającą historyjkę.

Rzecz dzieje się wojewódzkim mieście gdzieś we wschodniej Polsce, w Domu Studenckim, którego numer przemilczę. Zeszłego wieczora odbyła się impreza, w której wzięli udział ludzie z całego piętra, może poza tymi dwoma typkami, trenującymi do juwenalijnego turnieju Counter-Strike'a.

I ty też tam byłeś, i też coś tam wypiłeś, ale nie tak znowu dużo. Na szczęście na straży melanżu czuwali inni. I ci inni mieli znakomity pomysł, który zapisał się złotymi zgłoskami na firmamencie dziejów - powiedzmy.

Wylać kilkadziesiąt litrów oleju na wspólny korytarz? Świetny pomysł!

Ty, niczego nieświadom, wychodzisz rano na korytarz i kierujesz się do wspólnej kuchni. I nagle leżysz w plamie tłuszczu - przewróciłeś się, twoje zaufane japonki poległy w starciu ze słonecznikowym i dociera do ciebie, że to już koniec - koniec twojego mieszkania w "deesie".

Tak było.

Kuba: Rozum i godność współlokatora

Współlokatorzy robią różne rzeczy. Ale zrozumienie niektórych z nich mnie przerasta - odmawiam przyjęcia do wiadomości, że robią je dorosłe, myślące istoty.

Sytuacja wyglądała tak, że wszyscy wyjechaliśmy na weekend. Wróciłem do domu w poniedziałek. Po tym, co zobaczyłem, szczerze zadumałem się nad kondycją rodzaju ludzkiego.

Mój współlokator zostawił zamrażarkę niedomkniętą na trzy dni. Co widzę: kuchnia to jedna wielka plama wody. To, co leżało w zamrażarce, zdążyło już ożyć. I sprawca tego bajzlu. Ze zwykłym elektrycznym odkurzaczem.

Dokładnie tak. Podłączonym do prądu odkurzaczem próbował wciągnąć wodę. On to przedsięwzięcie przeżył, odkurzacz - już nie.

Patryk: Szczury, kochane szczury

Przeprowadziłem się właśnie do Warszawy i następnego dnia zaczynałem pracę, więc nie miałem za dużo czasu na szukanie mieszkania. Znalazłem miejsce, które wyglądało dość w porządku pod każdym względem. I mogłem wprowadzić się od razu.

- Tylko jest taka jedna rzecz - powiedziała - Nie przeszkadzają ci zwierzęta, prawda? Mam szczura.

Miałem wybór? Nie miałem. Ale życie nie byłoby życiem, gdyby nie przygotowało mi niespodzianki.

Następnego dnia pukam do jej drzwi. Słyszę "wchodź", więc wchodzę. Co widzę?

Dziewczyna, przykucnięta przy łóżku, zbiera szczurze bobki.

- Cześć! - powiedziała. Widząc moją zakłopotaną minę, dodała: - To po Ninie. Sypiam z nią. Zostawia takie prezenty - uśmiechnęła się.

Dowiedziałem się też że oprócz Niny - szczurzycy - mieszka z nami jeszcze jeden szczur. Zamknięty w szafce kuchennej. - Ale tylko tymczasowo, moja mama go zabierze.

Zabrała. Po trzech tygodniach. Niedługo potem zabrałem się stamtąd i ja.

Igor: Czas Surfera

Najbarwniejszą postacią, z jaką miałem okazje mieszkać, był gość, którego roboczo nazywaliśmy Surferem. Postać absolutnie księżycowa - miał 28 lat, mieszkał w Warszawie i postanowił tu otworzyć szkółkę sportów wodnych.

Nie jestem pewien, czy miał jakiekolwiek pojęcie o tych rzeczach; jestem gotów postawić orzechy przeciw diamentom, że nie. Na pewno miał za to niezbędny entuzjazm.

Firmę założył z marszu i z marszu wziął na nią kredyt. Po czym zaczął radosny szał zakupów - dziesiątki par nart, kapoki, sprzęt do kitesurfingu i tak dalej. A potem było jeszcze lepiej.

Za pieniądze z kredytu zaczął kupować coraz dziwniejsze rzeczy: gitarę, sprzęt grający, zestaw podobno australijskich noży kuchennych.

Te ostatnie sprzedał mu bezdomny na dworcu centralnym - były w fatalnym stanie, nie nadawały się już do niczego, ale Surfer lekką ręką wydał na nie jakieś 350 złotych. I wszystkie te rzeczy piętrzyły się we wspólnych częściach mieszkania.

Potem chciał rozszerzyć profil działalności i otworzyć w mieszkaniu szkołę językową, ale jakoś mu to wyperswadowaliśmy.

Co jeszcze? Był notorycznie pijany. Niezależnie od stopnia upojenia, paradował po mieszkaniu w samych majtkach. Z domu przywoził słoiki w wiadrze, potem zostawiał to wiadro w kącie i przypominał sobie o nim parę tygodni później, kiedy już nie nadawały się do niczego. Jadł masło kostkami, jak batoniki.

Opuścił nas, kiedy skończyły mu się pieniądze z kredytu - na szczęście udało się nam wydłubać z niego ostatni czynsz.

Podziel się z nami własną historią o fatalnym współlokatorze - napisz do autora artykułu, na adres marcin.kaminski@agora.pl

Deser.pl



Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!