Kulczycki o kulisach wyrzucenia z TVP: "Usłyszałem, że jest nowa koncepcja i ja do niej nie pasuję"

- Jestem zmęczony, ale czuję ulgę - mówi nam Jarosław Kulczycki, jeden ze zwolnionych dziennikarzy TVP.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

W Telewizji Publicznej od paru tygodni panuje napięcie i swego rodzaju oczekiwanie. Po zmianach zarządu, codziennie padają kolejne nazwiska zwalnianych dziennikarzy. Pracę straciła właśnie Beata Tadla, a wczoraj z widzami pożegnała się Hanna Lis. Wypowiedzenia dostali też m.in. Piotr Kraśko (były szef "Wiadomości" pożegnał się z widzami na Twitterze), Milena Kruszniewska, Piotr Jaźwiński, Jacek Tacik, Elżbieta Byszewska, Justyna Dobrosz-Oracz, Adam Feder, Piotr Maślak, Karolina Lewicka i Jarosław Kulczycki. Właśnie z Kulczyckim rozmawiamy o tym, jak wyglądało zwolnienie.

Angelika Swoboda: Już się spakowałeś?

Jarosław Kulczycki: - Elektronicznie tak. Pokopiowałem maile i różne pliki, które chcę zachować. Muszę jeszcze rozliczyć się z garderobą, czyli oddać ubrania, w których występowałem i zostawić klucz od szafki. Bogu dzięki, mam na to czas. Nie jest tak, że mój identyfikator czy skrzynka mailowa nagle przestały działać albo że dostałem pięć minut na spakowanie swoich rzeczy. Moje zwolnienie przebiegło w sposób cywilizowany, z zachowaniem przepisów prawa i bardzo kulturalnie. Łącznie z rozmową z dyrektorem, która też była kulturalna.

Możesz zdradzić, jak wyglądała?

- Usłyszałem, że jest nowa koncepcja i ja do niej nie pasuję, i że będą nowi ludzie. Tyle. Wcześniej zastanawiałem się, co robić - czy czekać na wypowiedzenie, kiedy się zmienili się prezes i dyrekcja, czy samemu je złożyć. Miałem plan, żeby pracować do końca stycznia i potem je złożyć. Stało się to wcześniej i czuję pewną ulgę.

Koniec napięcia?

- Wiadomo było, że będą zmiany, tylko niewiadomo jak głębokie. To było pewnego rodzaju napięcie, oczekiwanie na coś, co się ma wydarzyć. Ale ja pracuję w telewizji tak długo, że raczej oczekiwałem tego z pewną ciekawością, a nie z niepokojem. Z niejednego pieca chleb jadłem i wiem, że świat nie kończy się na placu Powstańców Warszawy.

Na swoją twarz pracowałem ponad 20 lat, długo w różnych miejscach. Jako prezenter w Dwójce, potem była przygoda w newsami. Dwa lata spędziłem w Panoramie, byłem w Polsacie, dwa kolejne lata w Wiadomościach, a ostatnich lat sześć w TVP Info. Wierz mi, osiem lat na placu Powstańców to naprawdę długo. Od pewnego czasu żyłem z potrzebą zmiany, jestem trochę takim poszukiwaczem przygód. To jest przypisane do tego zawodu. Odczuwam niepewność związaną z jutrem, ale i zdrową ciekawość, co się wydarzy.

To możemy zaryzykować stwierdzenie, że to dla ciebie dobra zmiana.

- Na pewno była katalizatorem. Co prawda decyzję podjęto za mnie, ale moja byłaby taka sama, tylko późniejsza.

Czymś podpadłeś?

- Zawsze starałem się zachowywać obiektywizm. Nie mam sobie pod tym względem nic do zarzucenia. Możesz zapytać kogokolwiek z kim pracowałem - zawsze domagałem się w materiałach stanowiska wszystkich stron. Ale i nie dawałem sobie wejść na głowę. Nikomu. Czy to w studiu telewizyjnym, czy poza nim, na korytarzach. Ta moja krnąbrność nie popłaca, ale nie umiem inaczej. Jak minister kultury Piotr Gliński powiedział to, co powiedział w programie Karoliny Lewickiej, to nie miałem wątpliwości, że trzeba tego maila z protestem wysłać. I domagałem się przeprosin. Ten list podpisała grupa osób, a ja byłem jego inicjatorem i autorem, czego nie ukrywałem. Mając świadomość konsekwencji.

Czy podpadłem? Podejrzewam, że rzeczywiście jest nowa koncepcja i w tej nowej koncepcji będą nowi ludzie, którzy do niej pasują. Ja do niej nie pasuję i uważam, że jest to komplement.

Oglądałeś Wiadomości w nowej odsłonie?

- Z zainteresowaniem oglądam teraz programy informacyjne, ale nie chcę oceniać pracy moich kolegów. Jeszcze poczekam.

A co powiesz na zarzuty, jakoby TVP uprawiała propagandę podczas kampanii wyborczej?

- Sugestie, że uprawialiśmy propagandę i manipulację odbieram z pewną przykrością. Ponieważ wiem, że tak nie było i są na to dowody w postaci badań zlecanych przez KRRiT dotyczących zachowania TVP w czasie kampanii. To są twarde dane. W czasie kampanii zawsze kilka osób w redakcji ma dyżury. Zliczają z dokładnością do kilku sekund obecność na antenie polityków różnych opcji. Z tego się robi dzienne raporty, które trafiają do KRRiT.

Smuci mnie, że w Polakach zaczynają narastać zapiekłe, złe emocje. Moim zdaniem oceniamy się wzajemnie zbyt surowo, nie ma w nas empatii wobec innych poglądów. Zresztą grzeszą obie strony tego sporu.

Chciałbyś wrócić?

- Szczerze ci powiem, że dziś nie widzę dla siebie miejsca w Telewizji Publicznej. W takiej, jak ona teraz wygląda. Czy chciałbym wrócić, kiedy to się zmieni? Nie wiem, gdzie wtedy będzie TVP. Zakończyłem pewien etap. Przygodę z telewizją publiczną także. To co teraz się dzieje, jest przekroczeniem pewnych granic, a co najmniej zmianą zasad, w ramach których wszystko się do tej pory odbywało. Nie oszukujmy się - tu zawsze był klucz polityczny. Krajowa Rada jest ciałem politycznym, rady nadzorcze i zarządy również. Zawsze ucierały się tu jednak różne polityczne interesy dochodziło do kompromisu w ramach pewnej politycznej umowy. Ja mam chyba dość tych politycznych układanek.

Uważasz, że da się oddzielić telewizję publiczną od polityki?

- Cały czas będę bronił modelu brytyjskiego, gdzie udało się wmontować system kontroli pilnujący, by telewizja publiczna była apolityczna. Nie jest tak, że zawsze przychodzi miotła polityczna, czyści starych i wstawia swoich.

Co zamierzasz?

- Szukam nowych pól, gdzie mógłbym się przydać. Tym bardziej, że niektóre moje umiejętności nie były wykorzystywane. Chociażby znajomość języków obcych. Chciałbym zająć się produkowaniem reportaży i filmów dokumentalnych. Stanąć po drugiej stronie kamery. Ale jak się znowu nadarzy możliwość prowadzenia programów informacyjnych, to czemu nie? To mój żywioł.

O przywódcy PiS-u przeczytasz w książce "Jarosław. Tajemnice Kaczyńskiego. Portret niepolityczny" >>



Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!