Turyści weszli na pozornie stabilny most. Nagle się pod nimi przechylił. Kamera nagrała upadek do rzeki [WIDEO]

Nowa Zelandia. Grupa turystów przechodzi wąskim mostem linowym osiem metrów nad lustrem płynącej w dole rzeki. Nagle, w ciągu ułamków sekundy, pozornie stabilna metalowa konstrukcja przechyla się. Kilka osób, obciążonych plecakami, ląduje w wartkim nurcie...

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

Jeden z pechowych podróżników filmował wyprawę umieszczoną na głowie kamerą. Nagrał upadek do wody:



Nagranie wygląda bardzo dramatycznie. Most Hopu Ruahine na szlaku do jeziora Waikaremoana nagle przekrzywił się. Po ośmiometrowym locie w dół turyści znaleźli się pod wodą. Na szczęście nikt z czteroosobowej grupki Francuzów nie zginął, nie odniósł też poważniejszych obrażeń. Cytowane przez "New Zealand Herald" władze poinformowały, że puściła jedna z lin podtrzymujących most. Na razie nie jest znana przyczyna uszkodzenia. Konstrukcja jest gruntownie sprawdzana co sześć lat, a dodatkowo co dwa lata przechodzi inspekcję. Ostatnia była w ubiegłym roku.

"Mieliśmy dużo szczęścia" - napisał na Youtube autor filmu. I dodał: "Bądźcie ostrożni. I przeprawiajcie się przez takie mosty pojedynczo".

Jak przechodzić przez most linowy

Na Reddicie pod filmem rozgorzała dyskusja, jak rzeczywiście powinno się przekraczać takie mosty. Autor komentarza - słusznie - podkreśla, że rzeczywiście najlepszym i najbezpieczniejszym sposobem jest przechodzenie pojedynczo - w razie upadku w niebezpieczeństwie jest tylko jedna osoba, a reszta może ratować pechowca.

Zdaniem komentujących warto też odpiąć pasy biodrowy i piersiowy plecaków, żeby móc je z siebie zrzucić. "Sytuacja byłaby o wiele gorsza, gdyby porwał ich prąd rzeki, z ciężkimi, przemoczonymi plecakami na grzbietach" - oceniają.

Jak radzić sobie w nurcie rzeki?

A co zrobić, gdy już znajdziemy się w wartkim nurcie? Jak podkreślił w rozmowie z Gazeta.pl instruktor raftingu i członek włoskiej kadry narodowej w tym sporcie, przede wszystkim trzeba próbować ustawić się stopami przodem do nurtu. Płynąc stopami do przodu, możemy amortyzować nimi ewentualne uderzenia w niewidoczne z powierzchni kamienie - w razie czego lepiej uszkodzić sobie nogę niż głowę.

Nie próbujmy płynąć pod prąd do miejsca, gdzie wpadliśmy do wody - tylko się zmęczymy i może nam się nigdy nie udać wydostać z rzeki. Starajmy się dopłynąć do najbliższego brzegu - płynąc prostopadle do prądu.

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!

Więcej o: