Cezary Pazura: "Narkotyki zrobiły totalne spustoszenie w moim życiu. Ale nie jestem przeciwny leczniczej marihuanie"

Jego wpis na Facebooku o leczniczej marihuanie wywołał burzę. - Komentuję, taki mam impuls. Ale nie jestem jej przeciwny - tłumaczy nam Cezary Pazura. Aktor w szczerej rozmowie przyznaje też, iż miał poczucie, że w pewnym momencie się opatrzył. Opowiada też o tym, co jedzą jego dzieci, i wyjaśnia, dlaczego słucha Radia Maryja.
Trudno zliczyć kultowe role, jakie zagrał. Bo bez wątpienia jest świetnym aktorem. Właśnie wraca w nowym serialu TVN "Aż po sufit" (wtorki, godz. 21.30.). - Tak, miałem taki moment w życiu, że się przejadłem, opatrzyłem. Mam tego pełną świadomość - mówi.

Co jakiś czas wrzuca coś na Facebooka. Przyznaje, że jest cholerykiem, nie potrafi się powstrzymać. Ale nie walczy, tylko komentuje, podpisując się jako dobroduszny "wujek Czarek". Przygodę z reżyserią odkłada na razie na bok. Chce się skupić na graniu, bo to jest zawód, do którego się urodził. A prywatnie? Prywatnie jest szczęśliwy jak nigdy wcześniej.

Angelika Swoboda, Gazeta.pl: Gra pan główną rolę w najnowszym serialu TVN "Aż po sufit". Będzie śmiesznie?

Cezary Pazura: Facet, którego gram, ma poważne problemy, traci pracę. A to, że po drodze przytrafiają się zabawne historie... Cóż, jak to w życiu, każdy z nas je ma. Ale proszę nie pisać, że teraz Pazura będzie smutny. Mój nowy bohater jest poważny, ale i zabawny. W "Chłopaki nie płaczą" mój Fred jest bardzo poważny przecież. Założyłem się zresztą z Olafem Lubaszenką, że w całym filmie nie uśmiechnę się ani razu. I Cezary Pazura nie uśmiecha się ani raz, a mówią, że śmieszna rola.

Czuł pan na planie jakąś nostalgię?

- Przede wszystkim ciekawość, jak mnie odbierze młode pokolenie reżyserów, Bartek Konopka i Julia Kolberger. Julkę pamiętam, jak jeszcze była dzieckiem. Zaczęliśmy grać z Anią Romantowską w "Dzieciach i rybach", to były lata 90. Pamiętam, jak przeżywała maturę córki, pamiętam, jak Julka dostała się na studia z samymi piątkami... I nagle Julia staje przede mną na planie z radiem i mnie reżyseruje.

Dziwnie było?

- Myślałem, że będzie dziwniej. Ale aktor to jest takie zwierzę, że jak ma przed sobą reżysera, to wykonuje jego rozkazy jak w wojsku. To jest na planie fajne. W życiu też tak powinno być, musi ktoś dowodzić.

Miał pan przerwę, bo się pan przejadł?

- Wie pani, ja zawsze tak kombinowałem, żeby widz miał niedosyt, żeby chciał więcej. Nie można się widzowi narzucać. Czasem, jak już widz ciebie chce, to musisz się na jakiś czas odbierać widzowi, żeby on miał apetyt na ciebie. Jak widz nie ma apetytu na artystę, to znaczy, że mu się przejadł, opatrzył.

Tak, miałem taki moment w życiu, że się przejadłem, opatrzyłem. Mam tego pełną świadomość. Chyba się przejadłem przez te role komediowe, bo innych nie miałem. Śmialiśmy się z kolegami, bo grałem filmy niemieckie i miałem w Niemczech opinię aktora dramatycznego. W filmie "Składniki marzeń" biseksa, miałem romans z facetem i umierałem na AIDS. Widzowie płakali. Jak reżyser przyjechał do Polski, żeby mnie zaangażować, i powiedziałem, że właśnie gram kabaret, to on nie wiedział, o co chodzi. Myślał, że nie zrozumiał. Wtedy wchodził też do kin "Nikoś Dyzma", byłem na plakatach. "Ty grasz w komedii?" - dopytywał z niedowierzaniem, bo on mnie znał z "Białego" Krzysztofa Kieślowskiego.

Ambicje do reżyserowania przegrały z aktorstwem?

- Aktorstwo to zawód, do którego się urodziłem. Pewnie, że próbowałem reżyserii, ale to jest chyba wypadkowa tej pracy. Zresztą, większość aktorów podejmuje takie próby.

Jak pan ocenia swoje?

- Ja oceniam je bardzo dobrze. Koledzy z branży też mnie chwalili. Inna sprawa, że "Weekend" był tak naprawdę filmem o niczym. Zresztą, to nie miał być film, który niesie za sobą przesłanie. To miało być kino rozrywkowe i dokładnie jak chciałem, tak zrobiłem. Gdybym robił "Weekend" dziś, zrobiłbym go tak samo. Byłem reżyserem, który potrafił odpowiedzieć na każde pytanie. Uważam, że ten film jest zrobiony bezbłędnie.

Wie pani, problem powstał na styku prezentacji "Weekendu" widzom. Ja robiłem film gangsterski z elementami komediowymi, a dystrybutor bardzo chciał, żeby sprzedać to jako komedię, bo z tym kojarzy się Cezary Pazura. Zrobiłem błąd debiutanta, bo oddałem promocję w ręce specjalistów. Nie mówię tego, broń Boże, z jakimś wyrzutem, bo film obejrzało 800 tysięcy ludzi, dostałem Srebrny Bilet od kiniarzy.

Uważam, że widzów byłoby jeszcze więcej, gdyby publiczność nie była wprowadzona w błąd. Jak pani idzie do sklepu po 10 deko szynki, a przynosi pani salceson, to znaczy, że ktoś się pomylił albo zrobił to złośliwie. I w efekcie widz przyszedł nie na to, co chciał, nie na to, co było napisane na plakacie. Tylko tyle. A krytyka to wzięła za błąd, wyssała go w stu procentach i skierowała zarówno przeciwko mnie, jak i aktorom. To mnie boli najbardziej.

Teraz myśli pan: "Robię następny film" czy raczej "Chcę zagrać w dobrym filmie"?

- Ja w ogóle nie myślę teraz o robieniu następnych filmów. Jestem aktorem, wracam do tego, od czego zacząłem. Cała moja droga z reżyserią to tylko przygoda. To nigdy nie był dla mnie cel sam w sobie. Znowu poczułem ochotę, żeby grać. Bo to się nudzi, wie pani? Ja grałem ciągle to samo. Jak raz zagrałem komediowo, to proponowali mi tylko komedie. Długo nie mogłem wrócić do teatru, bo miałem ten sam problem. Proponowali mi jedynie coś prostego, śmiesznego. Dlatego przez 16 lat w teatrze nie pracowałem. Generalnie nie dostawałem takich propozycji, żebym musiał je przyjmować.

To się zmieniło?

- Pierwsza ciekawa propozycja, jaką dostałem, padła od Michała Żebrowskiego z jego Teatru 6.piętro, żebym zagrał w "Bogu mordu". Jak przeczytałem tekst, zachwyciłem się. Ten powrót do prób stolikowych przypomniał mi szkołę aktorską i pierwsze lata w teatrze. Właśnie ciekawych ról teatralnych brakowało mi potem w całym życiu.

Bo dostał pan łatkę zabawiacza? To było przekleństwo?

- Ja zacząłem bawić dopiero od "13 posterunku". Nie, to nie było przekleństwo, raczej pewien etap, przecież to normalne, że człowiek podejmuje różne wyzwania. Życie weryfikuje, czy to nam wychodzi, i to bezwzględnie. Wie pani, że Bruce Willis próbował dramatycznych ról i świat tego nie kupił? I co on ma teraz zrobić? Pochlastać się? A krytyka ma napisać o nim, że się skończył? Wszyscy się kiedyś skończymy, bo wszyscy podlegamy prawu przemijalności wszechrzeczy. Nawet piramid kiedyś nie będzie, aż trudno w to uwierzyć. Ale tak będzie.

A jak pisali, że Pazura się skończył? Było panu przykro?

- Nie, ja to rozpatrywałem jako zjawisko. Takie opinie były echem tego, co się pokazywało w tabloidach. A ja z tabloidami permanentnie jestem w sądzie. Jak słyszałem echo wymyślonych artykułów z tabloidów w ustach ludzi, to to uważałem za niebezpieczne. Bo ja za krytykę się nie obrażam. Kiedyś Zdzisław Pietrasik mi dołożył w recenzji, bardzo dowcipnie i inteligentnie. Fajnie napisał, bez jadu, merytorycznie. Spotkałem go na jakimś festiwalu i biegnę, żeby mu podziękować. A on myśli, że chcę mu przyłożyć. Zdziwił się, że jestem mu wdzięczny.

Wie pani, tabloidy tworzą trzeci świat. Nierzeczywisty. Historia z szantażystą była wymyślona od początku do końca, ale nie pomogą wyroki sądu. Jest teza i trzeba ją za wszelką cenę udowodnić. Wie pani, jak ja dostaję w plecy przez te wszystkie procesy?

Nie szkoda panu czasu? Mam wrażenie, że się pan tym rozprasza, zamiast grać. A ja bym pana wolała oglądać na ekranie.

- Ma pani rację, bo zamiast grać, ja się zajmuję pierdołami. Tylko widzi pani, pani jeszcze mnie chce oglądać. Ale jak tabloid będzie powtarzał, że się skończyłem, że nie mam talentu, że serial to moja ostatnia deska ratunku, a potem to będę już zamiatał ulice, to... Kłamstwo powtarzane po wielokroć zaczyna żyć swoim życiem i staje się prawdą. I niektórzy zaczynają w to wierzyć. A aktor żyje z sympatii widza. Jeżeli obrzydzą pani mnie jako Pazurę, to nie będzie chciała pani oglądać moich ról.

Ja na tę sympatię pracuję 30 lat. Staram się być szczery, lojalny, nie kradnę. Rodzina mi mówi: "Zostaw to". A ja nie mogę. Zenon Laskowik mówi, że ja jestem wojownik, staję po stronie słabszego. A że często tym słabszym jestem ja...

To szkodzi marce "Cezary Pazura"?

- A jest coś takiego? Zastanawiam się... Ja jestem tylko członkiem tej drużyny. Staram się znaleźć swoje miejsce na boisku i dobrze na nim grać. Co prawda koledzy mi mówili, że Pazura to brand, ale jak go oszacować, określić? Ja nie wiem. Wolałbym na siebie patrzeć inaczej. Mnie się udało. Ja jestem z Niewiadowa, gdzie nikt nawet nie myślał, żeby zostać aktorem. Zawsze się starałem pokazać młodym ludziom, że można. Jak człowiek chce, uczy się, ma determinację, stara się, to może. Nawet jak jest z Niewiadowa, może zostać aktorem czy - jak mnie kiedyś nazwali - "ikoną popkultury". Napisali tak o mnie w latach 90., byłem nią obok Maryli Rodowicz.

Zawsze chciałem być dla młodych drogowskazem. Zaczynałem karierę w 1986 roku, w najtrudniejszych czasach, a jednak udało mi się przebić i robić to, co kocham. I jeszcze z tego żyć, bo ja zarabiam tylko na aktorstwie, nie mam dodatkowych miejsc pracy. Chociaż umiejętności bym znalazł, mógłbym trawę kosić, bo umiem, czy szpadlem robić albo w gastronomii. Z głodu bym nie umarł.

Chciałem stanowić dla młodych ludzi punkt odniesienia. Wozili mnie po szkołach na spotkania z ciekawym człowiekiem, młodzież zadawała pytania. W przeciwieństwie do gwiazd, które chwalą się, że nie mają matury, mówiłem, że trzeba się uczyć. Ja zawsze byłem prymusem. Nauczyciele byli zdziwieni, bo myśleli, że znowu przyjedzie jakiś gwiazdor, który zrobi dzieciom sieczkę w głowie. A tu przyjechał facet, który mówił, żeby słuchać nauczycieli. Cała filozofia młodzieńczości polega na tym, żeby do 18. roku życia uwierzyć starszym. Bo potem tracisz czas. Nie dogonisz peletonu, za późno. Mówiłem im, że trzeba być najlepszym, bo pamiętamy tylko o tych, co wygrali. O tych, co zdobyli złoty medal.

Pan zdobył?

- Ja zdobyłem całą paletę złotych medali. Jako mały, naiwny Czaruś z Niewiadowa marzyłem, żeby mieszkać w wieżowcu w Tomaszowie Mazowieckim. Na 11. piętrze. Mieć swój klucz od windy, psa wilczura i wartburga. To był szczyt moich marzeń.

Osiągnął pan dużo więcej.

- No więc właśnie. Nie mogę powiedzieć, że mi się nie udało, bo mi się ewidentnie udało. I to we wszystkim! Bo w życiu prywatnym też jestem szczęśliwy jak nigdy. Jedyne, co bym zmienił, tylko tego się nie da zrobić, tobym czas zatrzymał. Żeby się nie zestarzeć w tej mojej przyjemności życia, którą wciąż czerpię.

Oczywiście są nieprzyjemne momenty, zwłaszcza jak czytam o sobie nieprawdę. I z tym, niestety, coraz trudniej mi się uporać. Wie pani, mój tata brał gazetę i traktował ją jako okno na świat. Tymczasem media mogą kształtować nam świat albo go zniekształcać. Są niczym bomba atomowa.

Dlatego pan się z nimi rozprawia na Facebooku?

- Ostatnio napisałem o leczniczej marihuanie i popełniłem błąd, niestety. Sztandar walki z narkotykami będę niósł wysoko, zdecydowanie, ale nigdzie nie napisałem, że nie wolno leczyć narkotykiem. Tezę miałem taką, że ja nie chcę płacić za leczenie narkomanów, których sami sobie hodujemy. Napisałem, przeczytałem i pomyślałem, że mi się zgadza. Dopiero potem pomyślałem, że to może zabrzmieć inaczej. Wrzuciłem sprostowanie, żeby wyjaśnić, o co mi chodzi. Bo ja nie jestem przeciwny leczniczej marihuanie.

Wie pani, narkotyki zrobiły totalne spustoszenie w moim życiu. Opiszę to w mojej autobiografii. Będzie przypominała film "Nic śmiesznego". Będzie też o znanych ludziach, których poznałem, a poznałem na przykład o księcia Karola, Naomi Campbell, Micka Jaggera, Romana Polańskiego, Andrzeja Wajdę, Krzysztofa Kieślowskiego...

Na razie pisze pan sporo na Facebooku. To pana narzędzie do walki?

- Ja nie walczę, ja komentuję. Tak mam, impuls. Żona mówi: "Po co ty to robisz?", a ja jej mówię: "Nie wiem". Jestem trochę cholerykiem, przyznaję. Ale są sprawy dla mnie ewidentne, o których się dyskutuje. A ja uważam, że demokracja nie należy się wszystkim. Dorosło do niej co najwyżej 20 procent społeczeństwa. Reszta musi mieć bat nad sobą albo dobrego szeryfa. Wyobraża pani sobie gospodarstwo rolne, gdzie są świnie, kury, króliki i gospodarz oznajmia: "Od dzisiaj jest demokracja, będzie rządzić świnia". Świnia na to: "Dobra, ja chcę mieć pełne koryto, a was mam w d..."? Nie, to nie jest tak, że od dzisiaj szeryfem będzie pan spod budki z piwem. No nie.

Czemu się pan się podpisuje "wujek Czarek"?

- Żartem. Słowo "wuj" jest wieloznaczne, prawda? Jest Wuj Sam, co ma nas ratować, jest wujek dobra rada. Budzi mnóstwo skojarzeń. Wymądrzam się, bo jestem wujek, więc nie miejcie mi tego za złe. A po drugie - wiedzcie, młodzi, że ja mam 53 lata. Nie rozmawia z wami kolega, tylko ktoś, kto coś przeżył, przemyślał. Jednocześnie wujek, jak zrobisz coś źle, wybaczy ci i pomoże, zrozumie.

Choć teraz ciąży na mnie duża odpowiedzialność, gram w nowym serialu. I teraz powinienem się kojarzyć ludziom z Andrzejem Domirskim, a nie z Cezarym Pazurą, który ma określone widzimisię. Nie mówię o poglądach, bo te mi się cały czas krystalizują. To niesamowite, bo ja mam 53 lata, a nie mam poglądów politycznych. Staram się zachowywać zdrowy rozsądek.

A przy tym jest pan bardzo religijny. To się nieco nie wyklucza?

- Niech pani na mnie spojrzy - ja jestem żywym dowodem, że cuda istnieją. Przestrzegam dekalogu, to podstawa, dzieci odmawiają modlitwę wieczorną. Ja miałem przecież w życiu same cuda. Co chciałem, to dostałem, wszystko wymodlone.

Co na przykład? Rodzina, kariera?

- Wszystko. Poprosiłem Boga i dostałem, trzeba prosić. Prosić i dziękować, w cokolwiek pani wierzy. Życie duchowe porządkuje nam pewne rzeczy, nadaje hierarchię. Bóg jest miłością i to się nie zmieni. Prawa natury też. Choćby przyszedł nie wiem jaki prezydent i powiedział, że od jutra będzie styczeń, to takiego! Nie będzie. Woda nie zamarznie w czerwcu, bo prezydent tak kazał. Porządkują to siły naturalne, do których musimy mieć pokorę.

No dobrze, ale żeby od razu słuchać Radia Maryja?

- Genialne audycje, słuchała pani? Z Radiem Maryja jest tak, że trzeba poczekać na właściwą audycję. Ja wybieram te wartościowe. Ostatnio słyszałem świetną polityczną dyskusję, w której pewna pani doktor mówiła piękne rzeczy. Na przykład dlaczego tak krzywo widzimy świat. A na zakończenie powiedziała sentencję, którą sobie zapisałem - o tym, dlaczego jest tak, że nie możemy się zrozumieć, że jest na świecie tyle nieprawości. Któryś z filozofów wyjaśnia, że kiedy "cywilizacja chyli się ku upadkowi, nawet karły rzucają długie cienie". Zresztą, cała ta audycja była przepełniona poezją, filozofią, spokojem i rozważnym przyglądaniem się różnym problemom. Dlaczego tam politycy nie rzucają się sobie do gardeł? Bo nie wypada, bo tam wisi krzyż. To wyrzuca z nich agresję, politycy nagle stają się kulturalni.

Ja nie bronię Radia Maryja czy Telewizji Trwam, ja bronię demokracji, której mnie uczył mój ukochany prezydent Wałęsa. Jeżeli jest miejsce na laickie radio czy telewizję, to jest i miejsce na katolickie media. Przecież walczyliśmy o religię w szkole i msze w telewizji. Oczywiście, czasem mnie zniechęcają pewne audycje, tak samo jak niektóre zniechęcają mnie w komercyjnych mediach. Ale przecież mam rozum, potrafię oddzielić ziarno od plew.

Jak pan się widzi za pięć lat?

- Zawsze najbardziej jestem ciekaw swoich najbliższych. Po pani pytaniu od razu sobie liczę, w której klasie będzie Amelka, że Antoś już będzie w szkole. A co ja będę robił? Ja będę robił wszystko, żeby tę rodzinę utrzymać. Żeby była szczęśliwa. Żeby moje dzieci miały lepiej niż ja sam. Ale co to znaczy "lepiej"? Nie, żeby miało więcej zabawek, ale żeby tata był z nim częściej. Ja się wychowałem za komuny. Mama od poniedziałku do soboty pracowała, a w niedzielę sprzątała i gotowała na cały tydzień. Tata z kolei, nauczyciel, brał nadgodziny. Prowadził chór, potem kółko teatralne, ciągle go nie było, ciągle dorabiał. Bawiłem się z kolegami, ale brakowało mi, żeby tata mnie wziął na ryby. Jak grał w siatkówkę, siadałem wysoko na trybunach i mu kibicowałem. Dlatego staram się, by dzieci spędzały ze mną czas.

Syn ma trzy lata, już mu zaczynam imponować. A córka sześć, do szkoły poszła. Pamiętam jeszcze, jak ją na działkę przywieźliśmy, gdy miała sześć tygodni. Edytka mówiła wtedy: "Patrz, jaka ona malutka", a ja na to: "Kochanie, pstryk i matura, zobaczysz". Teraz Edytka mówi: "Miałeś rację. Ja nawet jeszcze nie pstryknęłam, a ona już do szkoły idzie".

Podobno pana dzieci nie dostają "śmieciowego" jedzenia.

- Wie pani, nawyki żywieniowe kształtują się do trzeciego roku życia. Mój syn i córka najchętniej jedzą na śniadanie kaszę jaglaną z imbirem, do tego sałata i tuńczyk. Uszy im się trzęsą, jak to jedzą. Uwielbiają to, nie chcą nutelli. Bo tak je nauczyliśmy.