Złoty pociąg jest czy go nie ma? Ministerstwo już się nie wypowie. "Omilanowska wydała zakaz"

Złoty pociąg istnieje czy nie? Generalny konserwator zabytków Piotr Żuchowski, który przed weekendem miał "99 proc. pewności", już nie wypowie się w tej sprawie. - Wypowiedzi nt. pociągu zakazała swoim pracownikom minister kultury Małgorzata Omilanowska - mówi nasz informator.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

Informacje o złotym pociągu rozpalają do czerwoności wyobraźnię poszukiwaczy skarbów. Skuszeni sensacyjnymi doniesieniami, tłumnie przybywają na Dolny Śląsk. Przywożą ze sobą wykrywacze metalu i inne urządzenia z nadzieją, że pomogą im znaleźć "100-metrowy pociąg z kosztownościami". W okolice Wałbrzycha zjeżdżają nie tylko amatorzy złota, ale też stacje telewizyjne i dziennikarze z całego świata. Coraz mniej jest też niedowiarków. - Na początku z przewodnikami się śmialiśmy, ale jak potwierdził to konserwator generalny, to już nie wiemy, co o tym myśleć - mówił naszemu redakcyjnemu koledze przewodnik po zamku Książ Maciej Meissner.

Skąd tyle zaufania do tych sensacyjnych doniesień? Sam wiceminister kultury i generalny konserwator zabytków Piotr Żuchowski oświadczył w piątek, że "ma 99 proc. pewności", że pociąg rzeczywiście istnieje, oraz że widział zdjęcia georadarowe "pokazujące, jak ten pociąg wygląda". Dodał też, że informacje o pociągu przekazała na łożu śmierci osoba, która pracowała przy jego ukryciu. Wcześniej Polskie Radio Wrocław podało, że pociąg stoi między 61. a 65. kilometrem trasy kolejowej Wrocław - Wałbrzych.



Pożar na 61. kilometrze

Ta garść informacji wystarczyła, by przekonać nieprzekonanych. Dwa dni później na tym odcinku doszło do pożaru. Wybuchł na 61. kilometrze trasy kolejowej ze Świebodzic do Wałbrzycha. Wczoraj gasiło go pięć zastępów straży pożarnej. Spłonęło 200 metrów kwadratowych lasu. Na szczęście nikt nie ucierpiał. A tego zapewne boją się władze lokalne.

Wydano oficjalny zakaz wstępu na teren, na którym może być ukryty pancerny pociąg. Nieposłuszni zapłacą mandat w wysokości 500 zł. Od tej pory torów pilnują policja, Służba Ochrony Kolei i Straż Leśna. Służby apelują też o zaprzestanie prób szukania pancernego pociągu.

Wojewoda dolnośląski próbuje opanować sytuację. Po posiedzeniu sztabu zarządzania kryzysowego studził emocje. - Na podstawie otrzymanych dokumentów nie można stwierdzić, by znalezisko zostało potwierdzone - mówił. Materiał, który wpłynął do władz Wałbrzycha, to "tylko kilka stron i nieczytelne do końca mapy". Dodał, że nie otrzymał zdjęć z georadaru, o których mówił wiceminister Żuchowski.



Wiceminister i wojewoda korzystali z tych samych dokumentów?

Zadzwoniliśmy wczoraj do sekretariatu wiceministra, by sprawdzić, czy władze lokalne badały te same dokumenty co on. Chcieliśmy się też spytać, czy podtrzymuje swoje stanowisko w tej sprawie. Jego sekretarz poinformował nas, że wiceminister jest na urlopie, ale następnego dnia wyda oświadczenie. Później dowiedzieliśmy się od osoby z otoczenia wiceministra, że oświadczenia nie będzie, bo minister kultury i dziedzictwa narodowego Małgorzata Omilanowska zakazała swoim pracownikom wypowiedzi na ten temat. Biuro prasowe minister Omilanowskiej zaprzecza i informuje: "Sprawą zajmuje się wojewoda i to służby prasowe wojewody udzielają informacji". Dodano też, że wiceminister Żuchowski wyjechał dziś do Elbląga.

Czy to możliwe, by władze lokalne i wiceminister przyglądali się innym dokumentom? Wiadomo, że na samym początku Starostwo Powiatowe w Wałbrzychu otrzymało pismo od dwóch wspólników: Polaka i Niemca, za pośrednictwem wrocławskiej kancelarii prawnej. Było to zawiadomienie o "znalezieniu pociągu pancernego z czasów II wojny światowej". Wysłali je radcy prawni Małgorzata Sosnowska i Jarosław Chmielewski. Odkrywcy nie chcą się ujawnić. Powiedzieli, że wystraszyli się szumu medialnego, jaki wywołała ta sprawa. Ostrzegli też, że znalezisko najprawdopodobniej jest zaminowane. Chcieli od lokalnych władz gwarancji, że dostaną 10 proc. znaleźnego. Dowodem na ich odkrycie miały być pomiary kilku niezależnie działających radiestetów i zdjęcia georadarowe.

"Georadar nie może pokazać takich szczegółów"

Dokumenty odkrywców trafiły do władz lokalnych. - Znalezisko jest w granicach Wałbrzycha. Nie mogę państwu oczywiście wskazać tego miejsca - powiedział w czwartek Zbigniew Nowaczyk, wiceprezydent miasta. Podkreślił też, że zgodnie z przepisami muszą powiadomić "określone ministerstwa, które będą mogły poczynić kolejne kroki".

Dzień później Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zajęło stanowisko. Najpierw Piotr Żuchowski wyraził pewność co do istnienia pociągu. Co ciekawe, powołał się na dowód odkrywców, czyli zdjęcia georadarowe. "Dzięki georadarowi można uzyskać obraz przekroju geologicznego, który ukazuje warstwowanie gruntów i skał, budowę strukturalną budowli, podziemne przeszkody i pustki, znaleziska archeologiczne oraz instalacje podziemne" - pisze na swojej stronie dr Jerzy Karczewski z AGH w Krakowie. Można było więc pewnie ujrzeć 100-metrowy pociąg pancerny.

Szybko jednak podano w wątpliwość autentyczność zdjęć, o których mówił Żuchowski. - Georadar jest w stanie podać obraz, ale bez takich szczegółów jak działa czy platformy. Czyli co to za zdjęcie? Na pewno chodzi o georadar? A może to po prostu fotomontaż? I konserwator łapie się na takie rzeczy - mówił prezes Fundacji Thesaurus, specjalista prawa ochrony zabytków Piotr Lewandowski. To on zamierza złożyć skargę na generalnego konserwatora zabytków i żąda jego dymisji. Doniósł też na niego do prokuratury. Zdaniem Lewandowskiego na podstawie niesprawdzonych informacji konserwator uruchamia lawinę. - Czas przerwać to szaleństwo - powtarza. - Lepiej teraz niż za dwa, trzy tygodnie, bo jako państwo się po prostu ośmieszymy.

Omilanowska: Można marzyć o wielkich skarbach

Kilka godzin po wystąpieniu Żuchowskiego minister Małgorzata Omilanowska wyraziła swój sceptycyzm. - Po pierwsze, trzeba rzeczywiście sprawdzić wiarygodność wszystkich tych informacji, a po drugie, jeżeli się okaże, że taki obiekt się tam znajduje, spokojnie przystąpić do działań, które przede wszystkim powinny odbywać się przy zachowaniu daleko idącej ostrożności - podkreśliła. - Marzyć można o wielkich skarbach, a potem przekonać się, że tam są po prostu np. dokumenty dotyczące fabryki. One będą bardzo cenne z punktu widzenia badań historycznych, ale "skrzynie złota" pobudzające wyobraźnię mogą się okazać mitem - dodała.

Pora jednak studzić emocje, bo więcej na ten temat dowiemy się najwcześniej na wiosnę. Wtedy władze chcą rozpocząć swoje własne badania i poszukiwania. - Najbliższe miesiące trzeba wykorzystać na przygotowanie georadarowe, by w sposób nieinwazyjny potwierdzić lokalizację tego pociągu - mówił Żuchowski w radiowej "Jedynce", zanim dostał zakaz wypowiadania się na ten temat.

Warto przeczytać: "Skarby nazistów. Poszukiwanie łupów Trzeciej Rzeszy" >>



Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!

Więcej o: