Jedno z najbardziej odizolowanych plemion na Ziemi wychodzi z dżungli. "Przestańmy udawać, że nie szukają kontaktu"

Żyli w dżungli, zupełnie odizolowani od świata, od przynajmniej 600 lat. Teraz zaczynają sami szukać kontaktu z inną cywilizacją. Dlaczego?

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

Brodzą po pas w peruwiańskiej rzece Las Piedras w dorzeczu Amazonki. W rękach trzymają zielone banany, ładują je na drewniane, bardzo wąskie łodzie. Na piaszczystym brzegu stoją chłopcy z włóczniami dwa razy dłuższymi od nich samych. Mają czarne włosy do ramion i grzywki "od garnka". Na nadgarstkach noszą przepaski. Na biodrach mają podobne. Wciąż do siebie mówią, wołają, coś sobie tłumaczą. Pokazują coś palcami. Może kamerzystę, który właśnie ich nagrywa.



Na nagraniu widzimy, jak około stu członków Mashco Piro próbuje nawiązać kontakt z Indianami Yine z wioski Monte Salvado, którzy posługują się podobnym językiem. Mashco Piro proszą o pomoc: jedzenie i broń. Chcą też przekroczyć rzekę. Yine - czując się zagrożeni - nie pozwalają im się zbliżyć. Jednak podają im banany i maczety, które Mashco Piro ładują na swoje łodzie.

Powyższe nagranie zostało udostępnione w sierpniu 2013 roku przez lokalne stowarzyszenia rdzennych wspólnot AIDESEP i FENAMAD. To jedno z nielicznych ujęć plemienia z tak bliskiej odległości. Wcześniej, w 2011 roku, zrobił to jedynie prof. Jean-Paul van Belle z uniwersytetu w Kapsztadzie. Od członków plemienia dzieliło go zaledwie 250 metrów.



Nie uprawiają ziemi, zajmują się myślistwem

Plemię Mashco Piro to jedno z najbardziej odizolowanych plemion na Ziemi. Żyją w peruwiańskiej dżungli od przynajmniej 600 lat. Wiodą wędrowny tryb życia, nie uprawiają ziemi. Zajmują się myślistwem, połowem ryb, zbieractwem. Ich populacja obecnie wynosi około 600 osób żyjących w kilku osobnych klanach. Poruszają się po rozległym terenie Parku Narodowego Manu, przez który prowadzą ścieżki również udostępnione dla turystów.

Pojawienie się Mashco Piro w pobliżu Monte Salvado wywołało napięcie. Mieszkańcy wioski wiedzą (dzięki edukacji ze strony specjalistów), że lepiej nie kontaktować się z Mashco Piro, bo izolowani Indianie nie posiadają odporności immunologicznej na choroby zewnętrzne. Infekcje mogą skutkować epidemią, a ta może skutkować depopulacją.

"Tylko państwo nie miało jeszcze kontaktu z Mashco Piro"

Z tego też względu peruwiański rząd objął ich ochroną. Do tej pory zabraniał utrzymywania z nimi kontaktu. We wtorek przyznali, że nie mogą jednak egzekwować tego zakazu.

W ostatnich latach zauważono, że próbę kontaktu coraz częściej podejmuje Mashco Piro. Najczęściej pojawiali się na brzegach rzek w peruwiańskim Parku Narodowym Manu. W porze suchej, gdy poziom wody się obniża, szukali pożywienia - żółwich jaj. Widywali ich misjonarze, mieszkańcy wiosek, a nawet turyści - dawali im ubrania i jedzenie, czasem nawet piwo. Nie wiedzieli, że skutki tego mogą być fatalne, bo odcięte od naszego świata organizmy nie są przyzwyczajone np. do środków chemicznych, w jakich my pierzemy ubrania. - Każda wymiana dóbr może spowodować, że ich życie będzie zagrożone - zaznacza Rebecca Spooner z International Survival.

Skoro jednak Mashco Piro podejmują coraz częstsze próby nawiązania kontaktu, peruwiański rząd chce zrozumieć dlaczego. I - co najważniejsze - nie dopuścić do wybuchu epidemii. Władze wyznaczą więc zespół antropologów, którzy spróbują skontaktować się z plemieniem, oraz lekarzy, którzy będą czuwać nad sytuacją.

Yine: Drwale i handlarze narkotyków wywierają presję na Mashco Piro

Próby kontaktu ze strony rządowej obawiają się przedstawiciele FENAMAD i AIDESEP. Przypominają, dlaczego Mashco Piro zostało jednym z najbardziej odizolowanych plemion w Peru. Ich trwała izolacja pogłębiła się w XIX w., kiedy w Amazonii panował boom kauczukowy, który doprowadził do wyniszczenia wielu rdzennych plemion Peru i Brazylii. Przodkowie Mashco Piro od tamtej pory konsekwentnie unikali bezpośrednich kontaktów z kolonistami. Później, w połowie lat 80. XX w., Mashco Piro znów padli ofiarą ludobójstwa z rąk drwali i handlarzy mahoniem.

Te ostatnie wydarzenia dobrze pamiętają także Indianie Yine. Twierdzą, że to wciąż żywe zagrożenie i że nadal otoczeni są przez kompanie drwali, które wywierają presję na ich ziemię. Sądzą, że Mashco Piro przybywają do nich po pomoc z powodu presji ze strony drwali i handlarzy narkotyków, którzy szukają schronienia w dżungli. Nad tym terenem rząd peruwiański ma małą kontrolę.

- Nie będziemy kontaktować się z nimi na siłę ani próbować zmieniać ich stylu życia - powiedział Agencji Reutera członek peruwiańskiego rządu Luis Felipe Torres. - Ale nie możemy dłużej udawać, że oni sami nie szukają kontaktu. A mają do tego prawo - dodał.

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!