Właściciel działki znajduje barszcz Sosnowskiego. I jest zostawiony sam sobie. "Ludzie muszą wiedzieć, jak mają zwalczać barszcz, i muszą mieć na to środki"

Barszcz Sosnowskiego straszy każdego lata. Dlaczego tak trudno go usunąć? Chodzi nie tylko o to, że to wyjątkowo odporny gatunek. Nie ma państwowej strategii jego likwidacji, a właściciele prywatnych działek nie mają de facto obowiązku usuwania go. Nie zachęca ich do tego gigantyczny koszt pozbycia się barszczu.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

Barszcz Sosnowskiego, mimo że występuje w Polsce od lat 50. i każdego lata regularnie pojawiają się doniesienia o tym, że ktoś został poparzony, coraz bardziej się rozrasta. Nie do końca wiadomo, kto jest odpowiedzialny za zajęcie się toksyczną rośliną. W tym roku doszło nawet do przypadku, w którym oparzenia spowodowały śmierć kobiety z Jeleniej Góry.

Możliwość występowania tej toksycznej rośliny można zgłosić straży miejskiej. Co dzieje się potem?

Jak się usuwa barszcz Sosnowskiego?

Funkcjonariusze mają obowiązek na takie zgłoszenie zareagować. Jadą wtedy na wskazane miejsce i czasem z pomocą ekologów - w Warszawie straż miejska współpracuje ze specjalistami z serwisu barszcz.edu.pl - sprawdzają, czy jest to faktycznie barszcz Sosnowskiego. Jeśli tak, teren musi zostać zabezpieczony, a straż miejska ma obowiązek poinformować jego właściciela o występowaniu rośliny. Najczęściej informowany jest też wydział ochrony środowiska danego miasta bądź dzielnicy.

Na tym jednak kończy się rola służb.

Jeśli jest to teren należący do osoby bądź firmy prywatnej, to nie ma ona w tej sytuacji żadnego wsparcia, ale jednocześnie nie ma obowiązku usunięcia rośliny. Jeśli jest to teren zamknięty, a do rośliny nie mają dostępu postronne osoby, to istnieje tym większe przyzwolenie na to, żeby ją w tym miejscu zostawić. Problem polega na tym, że nawet jeśli w tej sytuacji roślina nikogo nie poparzy, to może dalej się rozprzestrzeniać i stwarzać zagrożenie w innych miejscach.

Barszcz Sosnowskiego może poparzyć nawet na odległość. Dlaczego tak się dzieje? [WYJAŚNIAMY]

Dziesiątki tysięcy euro i lata pracy

Wielu właścicieli terenów zdaje sobie sprawę z tego, że barszcz należałoby usunąć. Jest to jednak bardzo trudne i niezwykle kosztowne. Jedna ze skuteczniejszych metod, czyli przecinanie korzeni roślin, to ponad 36 tys. euro za jednorazowy zabieg przy ok. 100 osobnikach na hektar. W 2003 roku w Niemczech łączny koszt zwalczania barszczy kaukaskich wyniósł ok. 10 mln euro - podaje Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w stworzonych m.in. przez przedstawicieli Wyższej Szkoły Ekologii i Zarządzania wytycznych dotyczących zwalczania toksycznych barszczy (poza barszczem Sosnowskiego w Polsce występuje też barszcz Mantegazziego).

- Koszty są gigantyczne, a będą jeszcze wyższe, jeśli nie będziemy dalej działać w tej kwestii - mówi Izabela Sachajdakiewicz z WSEiZ, współautorka strony barszcz.edu.pl. - Jeśli nie będzie dotacji do tego zwalczania ani monitorowania tego procesu, to niewiele się zmieni - podkreśla.

Istnieje kilka metod jego zwalczania, ale żadna nie jest w pełni skuteczna i najlepiej jest zastosować kilka z nich jednocześnie. Jest to czasochłonne, bo barszcz trzeba często zwalczać z tego samego miejsca przez kilka kolejnych lat. - To roślina bardzo wytrzymała. Prawdopodobnie nie może rosnąć tylko w głębokiej wodzie i w mocnym cieniu - mówi Sachajdakiewicz.

Skąd wziąć pieniądze?

Możliwości finansowania tego drogiego procesu zależą od tego, czy właścicielem terenu, na którym występuje barszcz, jest osoba bądź firma prywatna czy podmiot publiczny. Można się bowiem ubiegać o finansowanie zewnętrzne na walkę z rośliną. Najłatwiej jest organizacjom, stowarzyszeniom, parkom narodowym i samorządom.

Samorządy, ale też podmioty i osoby prywatne, spółdzielnie i organizacje pozarządowe mogą na przykład składać wnioski o dotacje na walkę z barszczem. W tym roku w woj. zachodniopomorskim Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Szczecinie przeznaczył na ten cel pół miliona złotych. Można też próbować wykorzystać budżet gminy bądź dotacje unijne, co czasami pozwala na sfinansowanie całości kosztów walki z barszczem.

Z informacji GDOŚ wynika jednak, że osoby prywatne obecnie nie mają szans na uzyskanie pełnej dotacji.

Barszczy nie można tylko sprowadzać

Nieciekawie wygląda to też z punktu widzenia prawa. Obowiązek usuwania barszczu Sosnowskiego de facto nie istnieje poza paroma wyjątkami. Potrzebna jest strategia dla całego kraju.

Barszcz Sosnowskiego należy do roślin inwazyjnych, które mogą stanowić zagrożenie dla całego ekosystemu. Obowiązujące w tej chwili rozporządzenia zabraniają tylko sprowadzania takich roślin do kraju i celowej ich uprawy.

Gminy mogą jednak samodzielnie wydawać przepisy nakazujące zwalczanie barszczu. Robią to pojedyncze samorządy, uwzględniając odpowiedzialność za szkody wywołane przez barszcz Sosnowskiego lub rozsiewanie się rośliny w planie zagospodarowania przestrzennego albo po prostu wprowadzając lokalne przepisy.

Z tym że, jak piszą autorzy wytycznych, łatwo można uniknąć odpowiedzialności, tłumacząc się brakiem środków na likwidację rośliny, nieświadomością jej występowania na działce albo nawet trudnościami ze znalezieniem wyspecjalizowanej firmy, która mogłaby się zająć jej usunięciem. Ale nawet jeśli barszcz jest w poszczególnych miejscach usuwany, to nie poprawia to sytuacji na większą skalę.

- Absolutnie konieczne jest opracowanie strategii krajowej, ponieważ zwalczanie barszczu tylko w jednym miejscu jest nieskuteczne - mówi Sachajdakiewicz. - Natomiast nie wyobrażam sobie zupełnie nałożenia na właścicieli nieruchomości obowiązku zwalczania tych roślin i na tym zakończenia sprawy. Jeśli nakaże się ludziom zwalczanie tych roślin, to trzeba również dać im możliwość wybrnięcia z tej sytuacji - muszą wiedzieć, jak mają zwalczać barszcz, i muszą mieć na to środki - podkreśla.

Bez działań na szczeblu krajowym ani rusz

Regulacje w tej kwestii istnieją na przykład na Łotwie. Właściciele nieruchomości są tam zobowiązani do ograniczania rozprzestrzeniania się barszczu Sosnowskiego i corocznego informowania odpowiedniej instytucji o podjętych w tym celu działaniach. Jeśli działania nie są podejmowane, zajmuje się tym samorząd, obciążając właściciela kosztami.

W wytycznych dla GDOŚ proponowane jest nałożenie na właścicieli nieruchomości w Polsce obowiązku zwalczania tej rośliny oraz obciążenie ich odpowiedzialnością za wyrządzone przez nią szkody. Na razie nie ma jednak jeszcze efektów opublikowanego w 2014 roku dokumentu. Zauważa się przy tym, że gminy podejmują coraz więcej działań w celu zwalczenia rośliny.

- Nie ma niestety w tej chwili odpowiedzi ani na pytanie, skąd brać na to pieniądze, ani na to, jak skutecznie w danym miejscu zwalczać barszcz Sosnowskiego - przyznaje Sachajdakiewicz. Konieczne jest podjęcie działań na szczeblu krajowym, żeby wypracować procedury i znaleźć rozwiązania, które będą dotowały i badania, i wdrożenia - bez tego ani rusz - podkreśla.

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!

Więcej o: