Profesor retoryki ocenia słowa Komorowskiego: "Z takim przemówieniem nie zaliczyłby u mnie zajęć" [OSTRA ANALIZA]

Bronisław Komorowski nie zebrał tylu głosów, ilu się spodziewał, ponieważ jest bardzo słaby retorycznie. Nie ma entuzjazmu, nie ma pasji, nie ma chęci postawienia się przynajmniej na równi z obywatelami, bo nie ma co mówić już o słuchaniu obywateli. Ale to, co było podczas wieczoru wyborczego, to już jest narracja przegranego - pisze dr hab. Jacek Wasilewski, wykładowca retoryki na Uniwersytecie Warszawskim.
Nie wiem, jak można się obrażać na rzeczywistość i okazywać smutek w momencie, gdy trzeba ludzi zachęcać do mobilizacji. Wzorem jest tu Lech Kaczyński z 2005, którego świetne przemówienie analizowałem w książce "Instrukcja Obsługi Tekstu", w porównaniu z bardzo słabym przemówieniem Tuska. I - jak widać - historia zaczyna się powtarzać. Na zajęciach z retoryki na UW prezydent Komorowski nie zaliczyłby przedmiotu. Poniżej przedstawiam główne błędy.

Kandydat ostrzega przed samym sobą

Podstawowymi zasadami, które studenta obowiązują po pierwszych zajęciach, są: zasada identyfikacji ("ja" i "wy" razem w "my", bo wierzymy w to samo), zasada korzyści (to jest dla nas dobre!), zasada aktualności (jak nie teraz, to kiedy?) oraz zasada wyobraźni (to jest na wyciągnięcie ręki). Żadnej z tych zasad urzędujący prezydent nie spełnił. Mowę zaś wygłosił z kartki, co obniża jego wiarygodność (Czy to jego słowa? Czy nie wie, co powiedzieć?), a także obniża kontakt z wyborcami. Nie będę mówił o fatalnej intonacji, która dobra jest do otwierania gminnego muzeum harcerstwa.



Teraz strategia. Celem przemówienia winno być przekonanie tych, którzy oddali głos na kogoś innego, a także mobilizacja tych, którzy nie głosowali. Do tego potrzebne są wspólne wartości. Trzeba pokazać wizję, wspólne cele i niebezpieczeństwa w przypadku braku reakcji. Wypowiedź powinna mieć strukturę: a) jest zagrożenie; b) łączy nas wiele - jednoczenie; c) mamy rację; d) podejmijmy akcję!

Oto jedne z początkowych zdań: kandydat ostrzega sam siebie, to zagrożenie dla niego, a nie dla wyborców:

Znamy już wstępne wyniki (...). W moim przekonaniu trzeba je odczytać jako poważne ostrzeżenie dla całego szeroko pojętego obozu władzy. Trzeba także z tych wyników wyciągnąć daleko idące wnioski.

I tu już mamy wyrażenia urzędnicze jak "szeroko pojęty", "daleko idące wnioski", jak "obóz władzy". Polacy nie lubią obozów, chyba że chodzi o obóz dla władzy. To podkreśla brak identyfikacji z wyborcami - ustawia klasę polityczną naprzeciw ludzi. Mamy obóz władzy, zapewne obóz opozycji, i wyborców. Nie mamy wspólnoty politycznej, która czegoś chce razem. Zagrożenie jest dla obozu władzy, a nie dla wyborców.

"Kto ma słuchać? On nie słuchał?"

Teraz przypatrzmy się relacji z obywatelami, na której tak dobrze gra Kukiz. Ponieważ Komorowski nigdy nie zrobił żadnego koncertu, ciągle nie wie, że to przywódca jest dla ludzi, że muszą w nim widzieć bramę do lepszego jutra. Natomiast Komorowski traktuje ludzi z góry, poucza, nie mówi, co robi, tylko co trzeba: Trzeba wyciągnąć wnioski trzeba przywrócić wiarę w demokrację trzeba słuchać głosu wyborców.... jest konieczne intensywne działanie " itd.

To powoduje dystans i nie wiadomo w gruncie rzeczy, kto co ma robić. Trzeba posprzątać - mówimy po imprezie i nikt nic nie robi. Tak nie zachowuje się lider. Lider chce coś zrobić. A to mentor mówi, co "trzeba". Trzeba po prostu słuchać głosu wyborców... - ale kto ma słuchać? Brzmi to jak potwierdzenie, że nie słuchał do tej pory. Presupozycja związana ze słowem "trzeba" poświadcza, że głosy wyborców nie były słuchane. Kolejne wypowiedzi także nie są do nikogo adresowane i nie pokazują, że kandydat jest w stanie lub chce podjąć to działanie:

"Jest konieczne intensywne działanie na rzecz przywrócenia wiary w polską demokrację. W Polskę obywatelską!" - no zrób to chłopie, zrób to - chcieliby powiedzieć Polacy, bo to jest zdanie do nikogo, chyba do tych, co głosowali przeciwko niemu na Kukiza. Trudno po tych słowach identyfikować kandydata z polską demokracją, kiedy nie ma łączności między nim a wyborcami; kiedy nie pokazuje, że jest ich głosem; kiedy sam nie przywraca.

"Nie ma nic bardziej osłabiającego wiarygodność"

Teraz zobaczmy, jak prezydent realizuje cele strategiczne - a więc jak buduje wspólnotę z wyborcami innych kandydatów:

Dlatego już dzisiaj zwracam się do wszystkich wyborców niewątpliwie rozczarowanych i oczekujących szybkich, szybszych zmian w Polsce i akcentujących potrzebę pobudzenia aktywności obywatelskiej jako źródła siły i energii społecznej w Polsce.

Jeśli się zwraca do wyborców Kukiza, to nie można tego zrobić gorszym językiem. Jeśli nazywa ich rozczarowanymi, to ich nie poderwie, nie mówiąc, czym sam jest rozczarowany, o co sam walczył od lat, co ich łączy. Mówi teraz: no dobra, skoro jesteście rozczarowani tym, co robiłem, to coś wam jutro wymyślę. Nie może być chyba nic bardziej osłabiającego wiarygodność. Zwłaszcza gdy udawało się przeciągnąć przez Sejm niektóre ustawy w miarę szybko.



Teraz zauważmy, że wyborcy nie akcentują potrzeby pobudzenia aktywności obywatelskiej, tylko sami są pobudzeni i aktywni. Tego zdania nie jest w stanie zrozumieć nikt bez studiów wyższych ze względu na fatalny indeks mglistości, ale również to zdanie nie ma sensu. Mówi ono, że już dzisiaj się zwraca, tym samym potwierdzając, że to, czego chcą, nie leżało mu wcześniej na sercu. Podkreśla brak wcześniejszej wspólnoty! No więc jakie korzyści racjonalne czy emocjonalne (poczucie dumy, bezpieczeństwo itd.) z wyboru tego kandydata zostają przedstawione wyborcom innych kandydatów?

"Dopiero rano się zobaczy..."

Chcę poinformować że już jutro rano przedstawię konkretne wnioski i konkretne propozycje w tym właśnie zakresie, które będą adresowane do tych wyborców.

To zdanie mówi o tym, że nie ma jeszcze tych propozycji, że informuje, że dopiero rano się zobaczy; że nie ma i nie było konkretów, o które walczyli razem z nim jego wyborcy, a które są zbieżne z wolą innych wyborców. Pokazuje, że konkrety pojawiają się w zależności od sytuacji. Zapowiedziana korzyść jest bardzo niewiarygodna i nikt w nią nie uwierzy, bo nie wynika z jego etosu. I następne zdanie:

Wzywam mojego kontrkandydata do debaty o sprawach dla Polski najważniejszych.

To znaczy jakich? 10 lat temu Lech Kaczyński wiedział w pierwszej turze, co jest jego przesłaniem i jakie sprawy są najważniejsze, Komorowski zdaje się jeszcze dzisiaj nie wiedzieć i zdaje się nie mieć żadnej wizji na teraz. Zasada aktualności nie jest spełniona - spraw najważniejszych nie ma, będą dopiero w debacie.



No i ostatnia kwestia - to nie zwycięża idea, wspólnota, tylko on, Komorowski. I dziękuje w dodatku serdecznie za nadzieję na zwycięstwo. To tak, jakby już było po wszystkim. Wszyscy mieli nadzieję, ale trudno, stało się. Nadzieja jest tu tak słaba, że to zdanie zaczyna siać wątpliwości. Późniejsze zdanie: "jestem przekonany, że [czeka nas] również zwycięstwo" - nie zdoła już odbudować pewności podążania za liderem. Nie ma więc ani dobrze sformułowanego zagrożenia, ani tego, co nas łączy i sprawia, że jesteśmy razem, ani tego, w czym mamy razem, ani wezwania do akcji - jest tylko przekonanie, że czeka zwycięstwo - ale w jakim sensie nas? Gdzie się podziały te wspólne cele, idee i wartości? Zwycięstwo się oddala, bo nie ma wspólnoty, wiary. Były złudzenia. Jeśli trzeba przywrócić wiarę w polską demokrację i w Polskę obywatelską, to ten mówca tego nie zrobi, bo sam tej wiary nie prezentuje.

Z takim przemówieniem można tylko przegrać. Niech pan przyjdzie za dwa tygodnie.