Największe zbiorowe samobójstwo w historii Niemiec

Dla wielu Niemców 8 maja 1945 nie był dniem wyzwolenia. Wręcz przeciwnie. O fali samobójstw w ostatnich dniach wojny mówi Florian Huber, autor książki ?Obiecaj mi dziecko, że się zastrzelisz?.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

Swoją książkę "Obiecaj mi dziecko, że się zastrzelisz" ("Kind, versprich mir, dass du dich erschießt"*) zaczyna pan w małej miejscowości Demmin w Meklemburgii-Przedpomorzu. Według pańskich badań w ostatnich dniach II wojny światowej popełniło tam samobójstwo siedemset do tysiąca osób. Dlaczego sięgnął pan akurat po przykład Demmina?


Florian Huber: W Demminie ten fenomen samobójstw był szczególnie wyrazisty. Jedną z przyczyn było położenie geograficzne miejscowości, która jak półwysep leży między trzema rzekami. Po wysadzeniu mostów nie było żadnej drogi ucieczki. Zamknięci byli w mieście także żołnierze Armii Czerwonej, która zdobyła miasto 30 kwietnia 1945. Oprócz mieszkańców w Demminie przebywały też tysiące uciekinierów z byłych wschodnich terenów Rzeszy. Wszyscy byli jak w pułapce. W takiej sytuacji powstała atmosfera, która wielu przyprawiła w efekcie o zgubę. Ale Demmin nie był pojedynczym przypadkiem.

Dlaczego ludzie tak strasznie się bali wkroczenia Armii Czerwonej?

Niemiecka propaganda latami karmiła ich opowieściami, co im grozi, kiedy wróg wkroczy na niemiecką ziemię. W najczarniejszych barwach malowano przed nimi obraz "mongolskich hord", jak nazywano Rosjan, którzy gwałcą kobiety, a dzieciom wykłuwają oczy i obcinają języki. Ludzie strasznie się bali. Do tego dochodziły opowieści uciekinierów, którzy już niejedno przeżyli - także gwałty i zbrodnie. Przeżyta także potem przemoc potęgowała ten strach, przed którym jedyną drogą ucieczki wydawała się śmierć.

Czy to zbiorowe samobójstwo powodował tylko strach przed Armią Czerwoną? Jak wyglądało to na Zachodzie, gdzie wkraczali Brytyjczycy i Amerykanie?

Nie był to tylko strach przed wrogiem i przed Armią Czerwoną. Wielu ludzi miało poczucie winy, czuło się uwikłanymi w to, co działo się w latach wojny i dlatego bało się, co może ich czekać. Wielu nie mogło sobie wręcz wyobrazić, jak ma wyglądać świat po tych dwunastu latach stanu wyjątkowego. To poczucie końca świata nie ograniczało się tylko do wschodnich Niemiec, panowało właściwie w całej III Rzeszy. Przykłady znalazłem we wszystkich miejscach, w których zbierałem materiał do mojej książki. Ze statystycznego punktu widzenia raptownie wzrosła liczba samobójstw w Bawarii, także w miastach takich jak Hamburg. W całej Rzeszy rodziny odbierały sobie życie.

Jaką rolę odgrywał przykład Hitlera, który 30 kwietnia popełnił samobójstwo?

Hitler zastrzelił się 30 kwietnia, dzień później radio ogłosiło wiadomość, że "Fuehrer" zginął w bohaterskiej walce z wrogiem. Samobójstwa nie wspomniano. Zadziwiające, że mit tego "Fuehrera", którego Niemcy naprawdę kochali i czcili, w ostatnich miesiącach i tygodniach wojny całkowicie się rozwiał. W żadnym z pamiętników z tamtych czasów, które czytałem, nie znalazłem jakiegokolwiek śladu współczucia z powodu śmierci "Fuehrera". Kiedy Niemcy tonęły, ludziom było to obojętne. Nie jest zatem prawdą, że popełniając samobójstwo, "Fuehrer" pociągnął za sobą ludzi. Jego dobrowolna śmierć nie odgrywa w tym fenomenie zbiorowego samobójstwa żadnej roli.

Kim byli ludzie, którzy odebrali sobie życie? Czy byli to głównie członkowie NSDAP?

W Demminie mogliśmy rzeczywiście stwierdzić na podstawie aktów zgonu, kim byli ludzie, którzy w tych ostatnich dniach wojny popełnili samobójstwo. Trudno znaleźć jakieś szczególne cechy. Byli wśród nich mężczyźni, kobiety, dzieci, urzędnicy, rzemieślnicy, położne, studenci, uczniowie. Był to rzeczywiście przekrój mieszkańców ówczesnego małego miasta. Jestem całkowicie przekonany, że tak było wszędzie. Oczywiście byli też ludzie, którzy mieli szczególne powody, by się bać. Wśród samobójców było bardzo dużo nazistów, którzy mieli niejedno na sumieniu. Ale nie tylko oni odbierali sobie życie.

Był jakiś przypadek, który pana szczególnie poruszył?

W Demminie szczególnie wstrząsnął mną przypadek Marie Dabs, żony handlarza futrami. Była osobą bardzo odporną, trzeźwo myślącą i cieszącą się życiem. Można to wyczytać z jej pamiętników. Poradziła sobie ze wszystkimi życiowymi kryzysami, przeżyła już I wojnę światową, potem lata głodu w czasach Republiki Weimarskiej, światowy kryzys gospodarczy. Kiedy jej mąż został wciągnięty do wojska, prowadzi dalej interes, troszczy się o dzieci. Ta kobieta z pewnością nigdy nie myślała o odebraniu sobie życia. Ale kiedy w ostatnich dniach wojny tuła się po ulicach Demmina i w okolicznych lasach widzi ludzi wiszących na drzewach, zaczyna się bać i zaczyna szukać trucizny, by zabić siebie i dzieci. Nawet ta tak ciesząca się życiem kobieta zwątpiła w jego sens. Wzruszyło mnie to. Marie Dabs przeżyła tylko dlatego, że nie znalazła środków potrzebnych do samobójczej śmierci.

Ale znamy też przecież zdjęcia z 8 maja 1945, na których ludzie cieszą się, wiwatują.

Na pewno wielu odetchnęło. Z pewnością wszyscy prześladowani: Żydzi, którzy jeszcze żyli w III Rzeszy, także ludzie o innych niż naziści zapatrywaniach politycznych. Dzisiaj trzeba oczywiście powiedzieć, że było to wyzwolenie dla wszystkich. Niektórzy tak odbierali koniec wojny, ale dla innych kapitulacja była czymś wręcz przeciwnym, dlatego uważali, że muszą odebrać sobie życie.

Dlaczego właściwie to największe w historii Niemiec zbiorowe samobójstwo do dzisiaj jest tak mało znane? Jest to ciągle jeszcze temat tabu?

Częściowo można to wytłumaczyć tym, że w NRD mówienie o czymś takim jak Demmin było zabronione, bo oznaczałoby to sugerowanie czegoś złego o Armii Czerwonej. Tyle że od zjednoczenia Niemiec minęło już dobrych parę lat. Mogę zatem wnioskować, że samobójstwa nie pasują do naszego obrazu przeszłości, nad jakim zastanawialiśmy się w ostatnich 20-30 latach. Wiele wtłoczono w utarty schemat sprawców i ofiar, bohaterów i katów. Ci samobójcy dowodzą coś przeciwnego. Samobójcami nie byli tylko sprawcy, byli wśród nich najróżniejsi ludzie. Ale nie było wśród nich ofiar porównywalnych z ludźmi, którzy przeżyli obozy koncentracyjne. Byli to ludzie, którzy odebrali sobie życie w ekstremalnych okolicznościach.

Rozmawiała Sarah Judith Hofmann / tł. Elżbieta Stasik

Artykuł pochodzi z serwisu ''Deutsche Welle''


Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!



Więcej o:
Komentarze (22)
Największe zbiorowe samobójstwo w historii Niemiec
Zaloguj się
  • blue911

    Oceniono 4 razy 0

    U nas hitleryzm dopiero nabiera popularnosci. Widac to po kolejnych ruchach niektorych czonkow naszych wladz! My,jak zwykle - opoznieni w kazdej dziedzinie.

  • qudaq

    Oceniono 4 razy 4

    Sami sobie zgotowali łos. I kolejnz raz przekuli klęskę w gospodarczy sukces, moralnie winą podzielili się z prześladowanymi.

    Sami sobie zgotowali łos. I kolejnz raz przekuli klęskę w gospodarczy sukces, moralnie winą podzielili się z prześladowanymi i chodzą w glorii, jako wrogowie Hitlera, po nieudanym zamachu 20 ;ipca 1944 roku. Wypędzeni przez goebbelsowską propagandę męczennicy, których losy zatarły rugi z Wielkopolski i Pomorza. Dobrze, że przynajmniej w kwietniu tego roku kardynał i arcybisup Monachium przypomniał, że w tym obozie śmierci to Polacy stanowili największą grupe pupilków nazistów. Ale ziomkostwa trzymają się mocno. Wypędzeni z Sudetów wycofali z programu powrót, ale popierane przez kanclerz towarzystwo wypędzonych z Ziem Zachodnich i Północnych dalej ma się dobrze. Warto widzieć, jakie są zaniedbanie wszystkich kolejnych rządów demokratycznej Polski,

    Sami sobie zgotowali los. I jeszcze przekuli klęskę na gospodarczy sukces, moralną winę i prawną odpowiedzialność zwalając na ofiary. Żadnej ekspiacji winy. Żadnej refleksji, nad losem ofiar wyganianych w zimę z Wielkopolski i Pomorza, rozstrzeliwaniu na ulicach zakładników, paleniu wsi. Świat nie widzi wymordowanych 6 milionów polskich obywateli, bo Polacy zgineli ot, tak sobie, zwyczajnie. Dachau , nareszcie pokazany przez kardynała i arcybiskupa Monachium jako obóz zagłady, w którym to Polacy stanowili największą grupę więźniów. Polskie kolejne rządy nigdy nie zażądały wycofania z programu ziomlostw zapisu o prawie do powrotu. A ziomkostwo z Sudetów usunęło ten zapis. Płaszczenie się to żenada. To tylko powód do lekceważenia polskich praw. Niedługo nauka historii pokaże, że wielkoduszny Hans Frank pozwalał nauczać dzieci polskie na poziomie szkoły podstawowej i dopuszczał możliwość, że Polak może być brygadzistą, a nawet mistrzem. Nasi załatwia mlodym wyłączność pracy miotłą i na zmywaku. I kto tu wygrał wojnę?

  • jedyny_twardziel

    Oceniono 2 razy -2

    Trza być pesymistą,
    No i jeszcze przy tem,
    Nierówno trzeba
    Mieć pod sufitem.

  • kol.a5

    Oceniono 20 razy 8

    Większość samobójstw to zwykłe rodziny, które z wojną nie miały nic wspólnego. Widząc wchodzące do ich wiosek wojska radzieckie wiedziały że ich córki będą gwałcone i wszyscy bestialsko mordowani. Tak było tu gdzie mieszkam. To byli zwykli Niemcy często zaprzyjażnieni z Polakami. To była tragedia. W wojnach często największe koszty ponoszą zwykli ludzie wiodący normalne życie, nieuwikłani w wojnę. Po obu stronach konfliktu.

  • proteusz33

    Oceniono 36 razy -12

    Największe zbiorowe samobójstwo w Polsce było wtedy gdy w wyborach wygrała Platforma

  • clash67

    Oceniono 49 razy 21

    Zaraz się rozpłaczę nad ich losem.
    To co ich bracia, ojcowie, synowie wyprawiali na wschodzie jest niewyobrażalne! Nawet Himmler wizytując Einsatzgruppen obrzygał się ze strachu i czym prędzej stamtąd spi....olił.
    Na miejscu Rosjan tak samo bym postępował, jakby mi wyrżnęli całą rodzinę i niech nikt nie pier...oli o jakimś miłosierdziu!

  • PJan Pokorny

    Oceniono 28 razy 16

    Wielu mialo sporo na sumieniu a nadchodzil czas rozliczen, nie nalezy zapominac ze pierwszymi ofiarami byli takze Niemcy, sasiedzi sprawcow.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX