Putin opowiada o blokadzie Leningradu, ojcu w NKWD i śmierci brata

Dzień Zwycięstwa w Rosji już niebawem. Dla Petersburga, dawnego Leningradu, to szczególna data. Z tej okazji Władimir Putin postanowił napisać do gazety ?Russkij Pionier? artykuł, w którym przedstawił rodzinną historię o 900 dniach blokady, głodzie, działaniach dywersyjnych ojca w NKWD i śmierci brata w sierocińcu.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

Za osiem dni Rosję zaleją pomarańczowo-czarne gieorgijewskije wstążeczki. Na ulicach już pojawiły się czołgi i trenujący przemarsz żołnierze oraz kadeci. Atmosfera wokół Dnia Pobiedy (czyli Zwycięstwa) budowana jest od tygodni. Jednak dla niektórych rosyjskich miast 9 maja znaczy więcej niż defilady, najnowszy sprzęt wojskowy i zagraniczni goście.

900 dni - tyle trwała blokada Leningradu. Od 1941 do 1944 r. zginęło tam 1,5 mln Rosjan. Oblężenie pamiętają jeszcze najstarsi mieszkańcy Petersburga. Razem z nimi pamiętają ich dzieci i wnuki. Ocena blokady Leningradu wciąż budzi kontrowersje u Rosjan. W zeszłym roku Telewizja Dożdż próbowała podjąć się oceny blokady i jeden z gości zadał pytanie: "Czy było warto?".

Prowadzący program ogłosili ponadto wśród swoich widzów ankietę, pytając ich, czy można było poddać Niemcom w czasie II wojny światowej Leningrad, aby ocalić życie setek tysięcy mieszkańców tego miasta, którzy zmarli podczas jego blokady, głównie z głodu i zimna. Ankieta została ostro skrytykowana i Dożdż szybko usunął ją ze swoich stron internetowych, a kierownictwo stacji we wtorek ogłosiło samokrytykę, przepraszając ludzi, których mogła obrazić. To nie wystarczyło, od tamtej pory telewizja zaczęła mieć problemy. Rosyjscy operatorzy telewizji kablowych i satelitarnych po prostu wstrzymali emisję stacji.

Nic dziwnego, że 9 maja jest w tym mieście szczególnie ważny. Rosyjski prezydent dobrze o tym wie. Pochodzi stamtąd. I właśnie o historii swojej rodziny, która przeżyła blokadę, opowiedział na łamach gazety "Russkij Pionier".

"Oddychał przez trzcinę. Słyszał, jak niemieccy żołnierze przechodzą obok"

"Ojciec nie lubił na ten temat rozmawiać. Służył w Sewastopolu w oddziale okrętów podwodnych, był marynarzem. Wezwali go w 1939 r. A potem, gdy wrócił, zbudowali z mamą domek w Peterhofie" - pisze. Rosyjski początek wojny to 1941 r., atak Niemiec na ZSRR. Wojna zastała ojca Putina, gdy ten pracował w fabryce wojennej jako rezerwista. Ale zdecydował się złożyć podanie o wysłanie go na front. Dostał skierowanie do dywersyjnego oddziału NKWD. Mówił, że służyło tam 28 ludzi, rzucali ich na tyły, by przeprowadzali sabotaż: wysadzanie mostów, torów kolejowych.

"Od razu wpadli w zasadzkę. Ktoś ich sprzedał. Stacjonowali w jednej wiosce. Poszli na akcję, a gdy wrócili, to faszyści byli już na miejscu. Gonili ich po lesie, ale ojciec przeżył. Zanurzył się w bagnie i kilka godzin tam przesiedział. Oddychał przez trzcinę. Słyszał, jak niemieccy żołnierze przechodzą obok, kilka kroków od niego, słyszał, jak szczekały psy. To był początek jesieni, było chłodno. Z 28 żołnierzy z frontu wróciło czterech" - czytamy.

"Chwała Bogu, że nogę ocalili. Mogli przecież amputować"

Tych, którzy zostali, wysłali na lewy brzeg Newy, koło Petersburga. Tam toczyły się najcięższe walki w ciągu trwania całej blokady Leningradu. "W pewnym momencie ojciec z kompanami podpełzli do niemieckiego bunkra, a przed nimi wyrósł wielki mężczyzna. Oni nie mogli się ruszyć, bo byli na linii ognia. Niemiec zaczął więc rzucać w nich granatami" - pisze Putin.

"Ojciec całe życie miał odłamki w nodze, nikt ich nie wyciągnął w obawie o kości. Chwała Bogu, że nogę ocalili. Mogli przecież amputować. Ojcu przyznano II grupę inwalidzką i jako inwalida wojenny dostał mieszkanie. To było nasze pierwsze oddzielne mieszkanie. Małe, dwupokojowe. Przeprowadziliśmy się, ale nie zaraz po wojnie, tylko kiedy zacząłem pracować w KGB. Mnie nie przyznali, ale dali ojcu. To było ogromne szczęście" - wspomina.

"My wychowaliśmy się na radzieckich książkach i nienawidziliśmy"

Na początku blokady matka Putina urodziła chłopca. Gdy ojciec leżał ranny w szpitalu, przyprowadzała ze sobą trzyletniego synka. Był taki głód w mieście, że ojciec oddawał im swoją porcję szpitalnego jedzenia. Gdy zaczął mdleć z głodu, lekarze się zorientowali i przestali puszczać matkę na oddział. A potem zabrali jej chłopca do sierocińca. "Potem wspominała, że wszystkie dzieci zabierali, by je ustrzec od głodu, a potem je ewakuować w razie niebezpieczeństwa. O zgodę nie pytali" - pisze Putin.

Brat Putina zachorował tam na błonicę i umarł. Matce nawet nie powiedzieli, gdzie go pochowali. Po jego śmierci ojciec wrócił o kulach do domu ze szpitala i patrzy, że z domu sanitariusz wynosi trupy. Wśród nich zobaczył swoją żonę. "Ona jeszcze żyje" - krzyknął. "Niedługo jeszcze pożyje" - odpowiedział sanitariusz. "Ojciec wtedy rzucił się na nich z kulami i zabrał mamę do domu. I przeżyła. Nawet jego. Ona umarła w 1999, on rok wcześniej" - relacjonuje Putin.

"Po zakończeniu blokady nie było w Leningradzie rodziny, w której ktoś by nie umarł. Bieda i tragedia. Ale ludzie nie chowali w sobie nienawiści do wrogów. Do tej pory nie mogę tego pojąć. Mama była bardzo dobrym człowiekiem, mówiła: 'Jak mogę żywić do tych żołnierzy nienawiść? To prości ludzie, też ginęli na wojnie'. A my? Wychowaliśmy się na radzieckich filmach, książkach i nienawidziliśmy. A w niej tego nie było" - pisze.

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!

Więcej o: