"Przyjeżdżaj, samolot z prezydentem spadł", "Byliśmy pewni, że to pomyłka" [WSPOMNIENIA REDAKCJI Z 10 IV]

10 kwietnia 2010 roku to dzień, który wyrył się w pamięci większości Polaków. Dla dziennikarzy, którzy dostawali kolejne doniesienia jako pierwsi, był to dzień wytężonej pracy i ogromnych emocji. Tak wspominają te chwile dziennikarki Gazeta.pl.
Marzena Szkolak, kierownik serwisów lifestyle

Byłam wtedy wydawcą strony głównej Gazeta.pl, czyli osobą, która wybiera najciekawsze materiały z całej witryny i publikuje je "na górze" strony głównej portalu. Gdy w sobotę 10 kwietnia o 7 przyszłam do pracy, zapowiadał się bardzo spokojny, wręcz nudny dyżur. Do kilkunastu minut przed 9, gdy na jednym z włączonych w newsroomie ekranów TV zobaczyliśmy jakąś niepokojąca mapę z zaznaczonym na czerwono Smoleńskiem, słychać było korespondenta, który łamiącym się głosem mówił coś o "awarii przy lądowaniu prezydenckiego Tu-154 w Smoleńsku". Jako jeszcze dość początkujący wydawca nie uświadomiłam sobie chyba od razu powagi sytuacji i możliwych konsekwencji, ale gdy spojrzałam na twarz dużo bardziej doświadczonego wydawcy redakcji Wiadomości, zrozumiałam, że "awaria" może kryć w sobie coś więcej niż problem techniczny przy lądowaniu.

Potem to już historia: kolejne doniesienia i relacja dziennikarzy, którzy wcześniej wylądowali w Smoleńsku.

Do redakcji wzywane były kolejne osoby w miarę kolejnych informacji o katastrofie. Wielu redaktorów przyszło do pracy od razu, gdy dowiedzieli się o tym, co się stało, wielu dowiadywało się od nas, dopytując przez telefon, czy na pewno to nie jest jakiś koszmarny żart.

Moment, który zapamiętam na zawsze, to ten jeden klik, gdy miałam opublikować jako główną wiadomość na stronie głównej czarno-białe zdjęcie pary prezydenckiej z tytułem "Prezydent Lech Kaczyński nie żyje. Samolot TU-154 rozbił się pod Smoleńskiem. Na pokładzie było 88 osób. Nikt nie przeżył".



Ta chwila - poinformowanie na stronie o czyjejś śmierci - jest zawsze poprzedzona gruntownym sprawdzeniem informacji i konieczne jest posiadanie potwierdzenia z oficjalnego źródła. Tak było też w tym przypadku, ale wciąż nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę i czułam, że po tym jednym kliku już "trzeba będzie uwierzyć", że to rzeczywiście się stało.

Bardzo trudnym i wzruszającym momentem było też publikowanie i spisywanie listy pasażerów Tu-154. W momencie samej katastrofy nie zdawałam sobie sprawy, ile osób znanych nam na co dzień z ekranów TV i z codziennej pracy było na pokładzie samolotu. Pamiętam, że pisząc teksty po katastrofie, łapaliśmy się cały czas na tym, że pytaliśmy siebie nawzajem albo sprawdzaliśmy na liście, czy dana osoba była w samolocie, czy nie...

Ja w redakcji zostałam do nocy, wróciłam w niedzielę z samego rana. Kolejne dni zlewają mi się w jedną ciągłą pracę nad jednym, tragicznym tematem.



"Gnaliśmy Wisłostradą, wbiegłam do redakcji jako pierwsza"

Dorota Żuberek, wydawca strony głównej Gazeta.pl

Sobota rano. Sprzątałam, zadzwonił wydawca i powiedział: ''Przyjeżdżaj do redakcji, samolot z prezydentem spadł''. Zamówiłam taksówkę, ubrałam się i wyszłam z domu. Taksówkarzowi kazałam jechać możliwie najszybciej, bo jest katastrofa. 

''No co też pani mówi!'' - rzucił oburzony i na dowód, że nic się nie stało włączył radio. Na żadnej ze stacji nie było słowa o tym, co się stało. Przez pół sekundy świtała mi w głowie myśl, że koledzy mnie wkręcili, ale pamiętałam ton głosu Michała. I nie miałam wątpliwości, że stało się coś złego.

Mieszkałam wtedy na Powiślu, gnaliśmy Wisłostradą, wbiegłam do redakcji jako pierwsza. Usłyszałam: robisz relację na żywo. 

Kiedy czytano listę pasażerów, jedna z koleżanek trzymała się za głowę i mówiła: "o Jezu, o Jezu". Usiadłam do komputera po 9. Wstałam po 18, kiedy w pracy zjawił się mój zmiennik. W międzyczasie chyba ktoś przyniósł mi kawę i coś do jedzenia. 



Jedna z koleżanek przyjechała z psem, który grzecznie siedział pod biurkiem. Jestem uczulona na sierść zwierząt, poprosiłam jednego z kolegów, żeby kupił mi lek na alergię. Kupił, ale zapomniałam go wziąć.

Ktoś powiedział: "Przez miesiąc nie napiszemy o niczym innym".

I tak było. 

17 kwietnia, kiedy w Warszawy odbywały się uroczystości pogrzebowe na Placu Piłsudskiego, spisywałam przemowę Macieja Łopińskiego. Łamiącym głosem przepięknie mówił o zmarłym prezydencie i jego żonie. 



Kończyłam artykuł, kiedy podszedł do mnie mój szef i powiedział, że więcej nie mam się zajmować katastrofą. Że od tego czasu zajmuję się tylko islandzkim wulkanem Eyjafjallajökull, który na kilka dni sparaliżował ruch lotniczy w Europie. 

Dlaczego miałam przestać pisać? Popłakałam się, słuchając go i nie zorientowałam, że płaczę.

"Mój dyżur trwał do 7 rano"

Monika Margraf, były wydawca strony głównej Gazeta.pl

W tamtą niedzielę jeszcze spaliśmy, gdy męża - który był wtedy pracownikiem innej redakcji - obudził telefon. Wydawca prosił go, by natychmiast przyjechał, bo rozbił się samolot z prezydentem na pokładzie. Byliśmy pewni, że to pomyłka, od razu zrobiliśmy szybką rundę po portalach - na Gazeta.pl była już wiadomość o katastrofie, z żałobnym zdjęciem prezydenta.

Ja w tym dniu byłam popołudniowym wydawcą newsów - do redakcji przyjechałam przed czasem, a mój dyżur (który planowo powinien skończyć się o północy) trwał do 7 rano. Ściągnięci zostali wszyscy, którzy nie wyjechali poza miasto, na bieżąco odbywały się kolegia i planowaliśmy pracę.



To był nawał, wręcz lawina informacji: lista ofiar, uaktualniana, zdjęcia, mnóstwo doniesień ze Smoleńska, wyjazd premiera, zapowiedzi dotyczące dalszych działań, wyjazdów rodzin, relacje od reporterki TOK FM... Każda z nich była pierwszej ważności - jednym z naszych głównych wyzwań w tamtą sobotę było to, jak je porangować w serwisach i na stronie, by ze wszystkimi trafić do odbiorców. Na bieżąco ustalaliśmy wtedy nowe formy pokazywania materiałów, ich rotacja była bardzo duża. Prawie nie ruszaliśmy się od biurek. Pamiętam tamten dzień przede wszystkim jako kilkanaście godzin ogromnego skupienia, bardzo intensywnej pracy.