Prezes Związku Banków Polskich: Frankowicze nie mają problemu ze spłatą kredytu. Większość zdawała sobie sprawę z ryzyka

- Nie można zakładać, że podejmując ryzyko, realizują się tylko najlepsze scenariusze - tłumaczył w "Poranku Radia TOK FM" Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich. Powołał się na badania, według których 80 proc. kredytobiorców zdawało sobie sprawę z ryzyka. - Paradoks polega na tym, że w najgorszej sytuacji są ci, którzy kredyty zaciągali w latach 2007-2008. Wszyscy podpisywali stosowne dokumenty poświadczające, że przedstawiono im ofertę w złotówkach i że rozumieją ryzyko walutowe i decydują się na wybór takiego kredytu.
Komisja Nadzoru Finansowego wystąpiła do dużych banków działających w Polsce o zatrzymanie części zysków w związku z kryzysem spowodowanym przez kredyty frankowe. - To znaczy, że banki spodziewają się powtórki z rozrywki? - zapytał Krzysztofa Pietraszkiewicza, prezesa Związku Banków Polskich, Jacek Żakowski w "Poranku Radia TOK FM".

Pietraszkiewicz jest zdania, że nikogo nie powinno to dziwić, ponieważ jego zdaniem jest to stała technika KNF. - Od początku transformacji KNF wielokrotnie zwracała się z prośbą o niewypłacanie całego zysku - tłumaczył. Podkreślił, że każdy bank jest przygotowany na taką ewentualność, ponieważ po uwolnieniu franka szwajcarskiego można się spodziewać zmiany wartości waluty. Dodał, że właśnie z tego powodu KNF nalega na zatrzymanie części zysków.

"Frankowicze nie chcą pomocy"

Prowadzący rozmowę Żakowski odwołał się do reportażu TVP 1 o frankowiczach i zacytował jednego z nich: "Na początku rata kredytu wynosiła 1,6 tys. zł, a po uwolnieniu franka - ponad 3 tys.". - Co pan na to? - zapytał Żakowski.

Prezesa słowa kredytobiorcy oburzyły i stwierdził, że oparte są na błędnych danych. - To absurdalna sytuacja, taki scenariusz jest raczej nieprawdopodobny. Chętnie pomożemy w wyliczeniach - dodał.

Stwierdził również, że winę za tę sytuację ponoszą wszyscy: kredytobiorcy, banki i władza publiczna. Podkreślił, że już w 2005 r. on sam w porozumieniu z większością banków polskich napisał wniosek o zakazanie udzielania kredytów walutowych. - Po kilku miesiącach konsultacji i pod naporem polityków otrzymaliśmy informację zwrotną, że nie ma takiej możliwości - tłumaczył. - Nie mogliście się sami regulować? - zapytał Żakowski. Prezes odparł, że właśnie to zrobili i to, co zostało wtedy wprowadzone, bardzo dobrze działało przez wiele lat. Zwrócił uwagę na to, że 80-90 proc. kredytobiorców skorzystało i nadal korzysta z kredytu we frankach. Podkreślił, że większość frankowiczów nie oczekuje pomocy, a niektórzy wręcz proszą o to, aby im nie pomagać.

Zaznaczył, że dzięki kredytom walutowym można było wybudować ponad 250 tys. mieszkań, a młodzi ludzie mogą realizować swoje marzenia. - Kredyty zmieniły całkowicie dynamikę polskiej gospodarki, stworzono tysiące nowych miejsc pracy, a do budżetu państwa, ZUS, NFZ wpłynęły miliardy złotych. Gdyby nie one, nie bylibyśmy zieloną wyspą - dodał.

Wszyscy wiedzieli o ryzyku

Zdaniem eksperta nie można mówić, że większość frankowiczów jest w trudnej sytuacji, ponieważ wielu z nich płaci mniej niż ci spłacający kredyty w złotówkach. Na zarzut prowadzącego, że nikt nie spodziewał się takiego wzrostu, a kredyty frankowe były zaciągane często za namową bankowców, ekspert odpowiedział, że każda decyzja bez zabezpieczenia niesie za sobą zyski i straty. - Nie można zakładać, że podejmując duże ryzyko, zawsze zrealizuje się najlepszy scenariusz - dodał.

Żakowski jednak nie odpuszczał i zaznaczył, że większość frankowiczów nie zdawała sobie sprawy z takiego ryzyka. Zwrócił uwagę na marketingową machinę bankowości i na to, że pracownicy banków często wciskali ludziom produkt wątpliwej jakości, jak na przykład kredyty walutowe. W odpowiedzi na te słowa ekspert powołał się na badania, według których 80 proc. kredytobiorców zdawało sobie sprawę z ryzyka. - Paradoks polega na tym, że w najgorszej sytuacji są ci, którzy kredyty zaciągali w latach 2007-2008. Oni wszyscy podpisywali stosowne dokumenty poświadczające, że przedstawiono im ofertę w złotówkach, pokazano im symulację kredytu walutowego, że rozumieją ryzyko walutowe i decydują się na wybór kredytu walutowego. - Wszyscy powinni iść do więzienia za złożenie fałszywych oświadczeń - ironizował zirytowany Żakowski.

Pietraszkiewicz przekonywał tymczasem, że sytuacja jest zarządzalna i wspólnymi siłami banków, klientów i regulatorów możemy problemy rozwiązać - przyjmując rozwiązania zaproponowane przez ZBP w postaci funduszu pomocowego dla potrzebujących wsparcia klientów posiadających kredyty mieszkaniowe i sektorowego funduszu stabilizacyjnego dla klientów, którzy mają kredyt w CHF.

Zapasy na kryzys

Jeśli chodzi o to, jaka ma być wysokość zatrzymanego przez banki zysku, to zdaniem prezesa Pietraszkiewicza będzie to podlegało wielu analizom. Proponowane przez niego rozwiązanie to dbanie o stabilność, czyli zatrzymanie części zysku, choć o to według niego banków prosić nie trzeba. Z danych przytoczonych przez eksperta wynika, że średnio banki zatrzymują ponad 70 proc. zysku na budowanie funduszy własnych.

Zaznaczył jednak, że istnieje rozbieżność między KNF i bankami, które twierdzą, że działanie komisji jest zbyt daleko idące. - Mimo że zgadzam się z działaniami KNF, uważam, że polskie banki świetnie sobie radzą. Zaznaczył, że nie można popadać w skrajności, bo spłacalność kredytów mieszkaniowych w Polsce jest bardzo wysoka, a banki zachowują się bardzo odpowiedzialnie podczas kryzysu. - Właśnie w imię tej odpowiedzialności chcemy rozwiązywać wspólnie problem dotyczący kredytów mieszkaniowych w CHF - podkreślił.