"Top Gear". Clarkson reaguje na protesty w jego sprawie: "Wszyscy jesteśmy planktonem. A protesty nigdy nie działają"

"Możesz być dużym i ważnym planktonem, ale to nic nie znaczy, kiedy jakiś wieloryb postanowi cię zjeść. A świat jest rządzony przez wieloryby" - tak Jeremy Clarkson komentuje w swoim felietonie w "The Sun" protesty, które podnoszą jego fani.
POLUB NAS
"Możesz zebrać nawet miliony innego planktonu, żeby machał transparentami, ale Pan Wieloryb nawet tego nie zauważy" - pisze Clarkson. To jego odpowiedź na protesty, które od kilku dni podnoszą jego fani po tym, jak BBC zadecydowało o tymczasowym zdjęciu z anteny popularnego programu "Top Gear".

Stacja zawiesiła Clarksona po tym, jak uderzył on producenta programu. BBC wydało oficjalne oświadczenie w tej sprawie: "Jeremy Clarkson został zawieszony po burdzie z producentem BBC. Zostanie przeprowadzone śledztwo w tej sprawie. Nikt inny nie został zawieszony". Jednocześnie ogłoszono, że trzy ostatnie odcinki serii nie zostaną wyemitowane.

Prawdopodobnie w przyszłym tygodniu dowiemy się, czy stacja zdecyduje się na zwolnienie Clarksona.

"Świat rządzony jest przez wieloryby"

Gwiazdora BBC bronią fani i współprowadzący "Top Gear". Piszą oni do stacji petycję o przywrócenie programu z udziałem Clarksona. Od jego zawieszenia na początku zeszłego tygodnia zebrano pod nią już około miliona podpisów.

Teraz Clarkson się do tego ustosunkował. Swój cotygodniowy felieton w "The Sun" poświęcił właśnie protestom. Ale to może być gorzką pigułką dla fanów - prowadzący "Top Gear" w nie po prostu nie wierzy. "Możesz być dużym i ważnym planktonem, ale to nic nie znaczy, kiedy jakiś wieloryb postanowi cię zjeść. A świat jest rządzony przez wieloryby" - pisze gwiazdor. Dodaje, że "prosta prawda jest taka", że protesty po prostu nigdy nie działają.

Nie znaczy to jednak, że nie obchodzi go to, co robią fani. "Dziękuję wszystkim ludziom, którzy wzywają do przywrócenia mnie do pracy. Jestem bardzo poruszony" - napisał na swoim koncie na Twitterze.

Problemy Clarksona

To nie był pierwszy problem stacji z Clarksonem. Wcześniej był oskarżany o wygłaszanie rasistowskich i obraźliwych komentarzy. Podczas kręcenia programu w Argentynie Clarkson wraz z dwójką pozostałych prowadzących oraz producentem Andym Williamem musiał w popłochu opuścić kraj po zamieszkach, jakie wybuchły wśród Argentyńczyków z powodu rejestracji jednego z ich samochodów. Miała ona nawiązywać do przegranej przez kraj wojny o Falklandy z 1982 r.



Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!

Więcej o: