Komorowski, jakiego nie znacie. 9 zaskakujących historii z nowej książki prezydenta. Będą problemy?

"Jednemu z kolegów udało się kupić od jakiegoś złodzieja autentyczny pistolet. Ja miałem wykonać zamach, zostawić na miejscu kartkę z informacją, że to jest odwet za zamordowanie robotników". Na kilka dni przed konwencją wyborczą ukaże się wywiad rzeka z Bronisławem Komorowskim. Czy zaszkodzi jego wizerunkowi?
POLUB NAS
W tle rozkręcającej się już kampanii prezydenckiej do księgarń 4 marca trafi wywiad rzeka z ubiegającym się o reelekcję Bronisławem Komorowskim. Z Janem Skórzyńskim rozmawia on o swojej najbliższej rodzinie, młodości i działalności opozycyjnej w czasach komunizmu, kończąc opowieść na roku 1992 i opuszczeniu terytorium Polski przez ostatni oddział bojowy armii radzieckiej.

O książce głośno jest już przed premierą. W mediach pojawiały się doniesienia, że wielu polityków Platformy Obywatelskiej odradzało jej publikację w trakcie kampanii, obawiając się, że jej zawartość może zaszkodzić wizerunkowi Komorowskiego. Rzeczywiście, pojawiają się w niej nieznane wcześniej fakty z życia prezydenta, które mogą zostać negatywnie odebrane przynajmniej przez niektórych wyborców. Bez zahamowań opowiada on na przykład o... planowanym przez opozycjonistów zamachu na milicjanta, którego on właśnie miał dokonać.

Oto dziewięć ciekawostek z książki Komorowskiego, które przyciągnęły naszą uwagę.

1. Dziadek pirat z "bandą zabijaków"

Dziadek Bronisława Komorowskiego - Juliusz, służący w 14. Dywizji Strzelców Syberyjskich, z "całą grupą zabijaków" porwał statek pasażerski i uciekł z Permu na Wołgę. Jak opowiada prezydent, strzelali się "i z białymi, i z czerwonymi", wozili jedzenie i ludzi między północą a południem. "Zawsze z dumą opowiadałem o tym kolegom, [że] mój dziadek został piratem!".

2. Koza żywicielka, świadek rozkwitu znajomości rodziców

Ciekawy detal pojawia się przy opisie historii znajomości rodziców Komorowskiego. Rodzina jego matki Jadwigi wojnę przeżyła w Wilnie - sprzedali murowany dom w Poznaniu i kupili stary drewniany dom na wileńskim Antokolu, żeby być jak najdalej od wojny. "Pieniędzy starczyło jeszcze na zakup kozy Brysi, która została żywicielką całej oficerskiej rodziny", opowiada Komorowski. Koza żywicielka Brysia towarzyszyła matce Komorowskiego, kiedy ta po raz pierwszy dłużej rozmawiała z przyszłym mężem Zygmuntem. "Mama wspominała, że rozmawiali wtedy z tatą o książce, którą czytała, pasąc Brysię. Fakty były takie, że w czasie rozmowy koza zjadła połowę książki".

3. Ciotka, która uratowała ojca Kaczyńskich?

Od kilku lat znana jest historia, jakoby ciotka Komorowskiego uratowała ojca braci Kaczyńskich Rajmunda. Helena Wołłowicz była sanitariuszką podczas powstania warszawskiego i dwa razy miała pomóc Kaczyńskiemu. Do historii Komorowski odnosi się krótko i niezbyt jasno. "Z tego, co sama mi opowiadała, była to i prawda, i anegdota jednocześnie".

4. Macierewicz jak Che Guevara, czyli "podejrzany lewak"

We wspomnieniach Komorowskiego z czasów komunizmu wielokrotnie pojawia się, również działający w podziemiu, Antoni Macierewicz. Co ciekawe, Komorowski uważał go wówczas za... lewicowego radykała. Poznali się na początku lat 70. Dzisiejszego polityka PiS fascynowała wówczas urugwajska partyzantka miejska Tupamaros. "Antek dużo o nich opowiadał (...). Pasowało to zresztą do jego ówczesnego wyglądu, nosił się trochę jak Che Guevara" - mówi Komorowski.

Relacje między nimi zmieniały się - czasem była to przyjaźń i wzajemny szacunek, czasem konflikt. Kolejne ciekawe spostrzeżenie pojawia się, gdy Komorowski opowiada o współpracy z czasopismem opozycyjnym "Głos", związanym z Komitetem Obrony Robotników, którego Macierewicz był jednym z założycieli. "Gdy zacząłem z nimi współdziałać, nie tworzyli jeszcze grupy 'Głosu', postrzegałem ich po prostu jako harcerzy w KOR-ze. (...) Łatwiej było mi się porozumieć z Antonim Macierewiczem, którego lokowałem w nurcie prawowitej tradycji harcerskiej. Choć przypuszczam, że wówczas i Macierewicz w moich oczach był podejrzanym lewakiem", wspomina Komorowski.

5. Plan zabicia milicjanta

"Przykład Tupamaros skłaniał nas do myśli o akcji bardziej bezpośredniej, bojowej. Stało się to realne, gdy jednemu z kolegów z grupy wojskowej udało się kupić od jakiegoś złodzieja autentyczny pistolet", wspomina prezydent.

"Zaplanowaliśmy więc przeprowadzenie zamachu na milicjanta w rocznicę Grudnia '70. Nie zrealizowaliśmy pomysłu tylko dlatego, że pistolet był bez amunicji, a kaliber miał nietypowy. Wypatrzyliśmy już odpowiednie miejsce u zbiegu ulicy Obozowej i Młynarskiej, gdzie chodził milicyjny patrol. Ja miałem wykonać zamach, zostawić na miejscu kartkę z informacją, że to jest odwet za zamordowanie robotników podczas rewolucji grudniowej, a potem porzucić broń w wybranym grobowcu na cmentarzu ewangelickim i opłotkami uciec na Koło" - opowiada.

"Na szczęście w naszym przypadku zadziałał Anioł Stróż. Matka kolegi znalazła rewolwer, wezwała telefonicznie męża, a ten młotkiem rozłupał broń na kawałki i utopił w gliniankach w parku Moczydło" - mówi Komorowski. Dodaje, że ze zdziwieniem przyjął potem do wiadomości fakt, że "Antoni, nasz Che Guevara, zerwał z nami kontakt".

Komorowski wspomina, że dziesięć lat później podobny zamach skutecznie przeprowadzili inni opozycjoniści. Zabili oni sierżanta Zdzisława Karosa, za co zapłacili "straszną cenę więzienia, wyrzutów sumienia i marginalizacji na całe życie". Zapewnia, że historia ta wybiła mu z głowy podobne pomysły.

6. Polityczne intrygi w czasach studiów

W trakcie studiów na Wydziale Historii Uniwersytetu Warszawskiego Komorowski starał się kontynuować działalność opozycyjną - później organizując manifestacje, ale najpierw budując wpływy na uczelni. Wspomina, że przed rozpoczęciem studiów ostrzegano go, że na uniwersytecie tłumi się nonkonformizm. Okazało się jednak, że wiele osób w rzeczywistości podziela jego poglądy.

"Przeprowadziliśmy więc z kolegami piękną intrygę. Mianowicie ukartowaliśmy przejęcie przez naszą opozycyjną grupę kontroli nad wydziałowymi instytucjami życia studenckiego. Podzieliliśmy się rolami - ja zostałem prezesem Koła Naukowego Historyków, a w następnym roku (1976/1977) mój najbliższy kolega Łukasz Kądziela wystartował na funkcję wiceszefa Rady Wydziałowej Socjalistycznego Związku Studentów Polskich". Dzięki temu mogli wywieszać na wydziałowej tablicy listy o treści wspierającej opozycję.

Z kolegami ze studiów przeprowadził też intrygę mającą na celu namówienie profesora na niewygodne spotkanie ze studentami. Było to, jak mówi, najgłośniejsze przedsięwzięcie na uniwersytecie - spotkanie otwarte z prof. Jaremą Maciszewskim, szefem wydziału nauki w KC PZPR.

"Postanowiliśmy pójść do niego nie tylko jako do posła na Sejm z Ziemi Radomskiej, ale także jako profesora cieszącego się sympatią wielu studentów" - relacjonuje Komorowski. "Wystąpiliśmy - Łukasz [Kądziela] jako wiceszef SZSP na wydziale, ja jako członek zarządu Klubu Dyskusyjnego - z prośbą, aby przyszedł i wyjaśnił, co się właściwie dzieje w Radomiu. 'Dochodzą nas - mówiliśmy - informacje, które bulwersują studentów, o tym, że ludzie są wyrzucani z pracy i bici na komisariatach, że są 'ścieżki zdrowia'. Nam się nie chce w to wierzyć (...), ale wielu studentów jest kompletnie zdezorientowanych" - tłumaczyli.

Profesor dał się zaprosić, po czym na miejscu został zaatakowany niewygodnymi pytaniami. Te jednak były dokładnie zaplanowane. "Zaczął ostro Łukasz, a ja - zgodnie z podziałem ról - w tonie bardziej ugodowym prosiłem o wyjaśnienia". Udało im się w ten sposób zmusić profesora do niekorzystnych dla niego stwierdzeń.

7. Ksiądz Małkowski

Ksiądz Stanisław Małkowski, który w 4. rocznicę katastrofy smoleńskiej odprawiał pod Pałacem Prezydenckim egzorcyzmy, w 1979 roku podczas rozprawy w związku z wystąpieniem Komorowskiego na manifestacji z okazji Święta Niepodległości wystąpił razem z opozycjonistami w obronie przyszłego prezydenta. "Wtedy również wyproszony z sali wołał z patosem, ale do składu sędziowskiego (...): 'Osądzi Was Bóg i historia!'". Komorowski dostał wówczas wyrok miesiąca aresztu.

8. "Z głodówki nie wypada żartować, ale..."

Komorowski opowiada o tym, że kiedy przebywał z większą grupą opozycjonistów w areszcie na ul. Rakowieckiej, zaproponowane zostało rozpoczęcie głodówki - był to pomysł Antoniego Macierewicza. Ale Komorowski, jak sam podejrzewa, nie zrozumiał dokładnie intencji kolegów i zaczął głodówkę później - wcześniej najadłszy się "na zapas" jedzeniem z paczki wysłanej do współwięźnia. Kiedy zaczął pierwszy dzień głodówki, wypuszczono go z aresztu.

"Wychodzę zdumiony z pokoju, wypuszczają mnie z więzienia i na ulicy Rakowieckiej natykam się na zwolnionych już kolegów" - wspomina. "Ale widzę, że niektórzy kiepsko wyglądają, jacyś tacy szarzy, zmęczeni. Podchodzę do Macierewicza, a on pyta: 'No jak, głodowałeś?'. 'Głodowałem' - odpowiadam. I dopiero wtedy się zorientowałem, że oni głodowali od pierwszego dnia. Z głodówki nie wypada żartować, ale do dziś nie wiem, czy mam ją zaliczoną, czy nie".

To wydarzenie zwraca uwagę szczególnie po nie najlepiej odebranym geście wsparcia dla przetrzymywanej w Rosji ukraińskiej pilotki Nadii Sawczenko, wykonanym przez europarlamentarzystów, w tym Michała Boniego - zaplanowali oni "głodówkę rotacyjną", podczas której każdy z polityków nie jadł przez 24 godziny. Czytaj więcej >>>

9. Gaszenie strajków. Do opozycjonisty: "Co ty pie...?"

W 1989 roku, już jako dyrektor gabinetu ministra Aleksandra Halla, musiał radzić sobie z wciąż działającymi opozycjonistami i iść na kompromisy. Na polecenie ministra Jacka Ambroziaka pojechał do Zakopanego - do górali, którzy chcieli spalić Muzeum Lenina i zburzyć jego pomnik. Pomnik obalono nocą, a rano Komorowski ustalił z protestującymi, żeby z likwidacją muzeum poczekali do wizyty premiera w Moskwie i Katyniu, które były ważne ze względów politycznych.

"A to ci dopiero, pomyślałem wtedy, ja mam bronić wodza rewolucji październikowej!" - wspomina swoją reakcję na otrzymane polecenie. "Ale pan każe, sługa musi. Powiedziałem sobie: 'Jesteś urzędnikiem i musisz to zrobić jak najlepiej. Zrób to tak, żebyś się nie musiał wstydzić wobec samego siebie, ale musisz to załatwić'".

Kolejny przykład opisany przez Komorowskiego to wezwanie go do zlikwidowania okupacji Domu Nauczyciela w Radomiu i dworca w Katowicach, organizowanych przez Konfederację Polski Niepodległej. W Radomiu poprzez swoje kontakty wywarł nacisk i doprowadził do wycofania się konfederatów z budynku.

W Katowicach było trudniej. Udało mu się jednak umówić na spotkanie z Adamem Słomką, szefem śląskiego okręgu KPN. Ten na spotkaniu zachowywał się jednak w sposób wyraźnie lekceważący.

Komorowski wspomina, jak przebiegła rozmowa. "Tłumaczę: 'Co wy tu robicie? Strajk okupacyjny? Przecież to jest początek rządu Mazowieckiego, nie można destabilizować kraju'. A on: 'My mamy swoje żądania, wojska radzieckie mają opuścić terytorium państwa polskiego'. Ja na to, ze swoim niepodległościowym życiorysem: 'Co ty pie...? Myślisz, że z powodu waszego protestu na dworcu Ruscy wyjdą z Polski? Nad tym trzeba dopiero popracować'". Słomka zaczął go obrażać, na co Komorowski stwierdził, że mają czas do godziny 16, a potem przyjedzie po nich milicja. Wyszedł ze spotkania i zadzwonił do komendanta wojewódzkiego MO.

"Negocjacje nie przyniosły spodziewanego efektu, proszę od tej i tej godziny usunąć okupujących budynek" - powiedział rozmówcy. "A po drugiej stronie słuchawki słychać trzęsącą się galaretę: 'Panie dyrektorze, tu jest Śląsk, tu był 'Wujek', oni nas kilofami zamordują'. Ja mu na to: 'Proszę pana, ja tu jestem od polityki, a pan od utrzymania porządku, proszę wykonać'", odpowiedział stanowczo.

Adam Słomka w politykę angażuje się do dziś. Jest nawet kandydatem w nadchodzących wyborach prezydenckich. O urząd głowy państwa starał się też w 2005 roku, zdobywając 0,06 proc. głosów. W latach 1991-2001 był posłem na Sejm.

Książka "Zwykły polski los" ukaże się 4 marca w wydawnictwie Więź. Z Bronisławem Komorowskim rozmawiał historyk i publicysta Jan Skórzyński.

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!

Więcej o: