Sąd ściga naczelnego "Uważam Rze" listem gończym. Ale, zdaniem eksperta, robi to bezprawnie

Sędzia warszawskiego sądu wysłała list gończy za redaktorem naczelnym "Uważam Rze" Janem Pińskim. Jednak, jak się okazuje, sąd cywilny nie ma prawa wystawiać listów gończych - mówi w rozmowie z tygodnikiem profesor dr hab. Maciej Kaliński.
Przypomnijmy: w zeszłym tygodniu Sąd Rejonowy w Warszawie  nakazał aresztowanie Jana Pińskiego i wysłał za nim list gończy. Zdaniem tygodnika dziennikarz nie stawił się na rozprawie sądowej toczonej w jego sprawie, a sędzia postanowiła ukarać Pińskiego, chociaż jego adwokat przedstawił zwolnienie lekarskie.

Sędzia argumentowała wtedy, że zwolnienie redaktora obowiązywało tylko do 12 lutego, a rozprawa odbyła się dzień później - podaje "Uważam Rze". Jako dowód na prawdziwość słów Pińskiego gazeta publikuje skan jego zwolnienia lekarskiego. Tygodnik relacjonuje też, że początkowo sąd nałożył na dziennikarza także grzywnę, jednak jego adwokat zaprotestował, wskazując, że zwolnienie było wystawione przez biegłego sądowego. Mimo to kara 30-dniowego aresztu została utrzymana.

Teraz "Uważam Rze" podaje, że tryb ścigania listami gończymi w sprawach cywilnych jest niezgodny z prawem. - Nie ma takiego prawa - mówi w rozmowie z gazetą profesor dr hab. Maciej Kaliński, członek rady legislacyjnej przy premierze, pytany o to, czy sąd cywilny ma prawo wystawiać listy gończe wg 279 kpk.

Piński procesuje się z firmą J&S Energy

Piński od 2012 r. procesuje się z firmą J&S Energy. Dziennikarz, zanim został szefem "Uważam Rze", kierował m.in. pismem "Wręcz Przeciwnie" i za rządów LPR w telewizji publicznej "Wiadomościami" TVP. Jak pisała "Gazeta Wyborcza", kilka lat temu sąd uznał, że w jednym z materiałów dziennikarskich TVP z 2009 r. pomówiono J&S. Piński miał wykupić przeprosiny na antenie. Zrobił to, ale lektorka czytała tekst w tempie karabinu maszynowego.

Ponieważ tekst był niezrozumiały, prawnicy J&S postanowili walczyć o "właściwe wykonanie" wyroku. Udało im się zdobyć tzw. egzekucję zastępczą. Polega ona na tym, że J&S może samodzielnie wyemitować przeprosiny, a później ich kosztami - chodzi o 84 tys. zł - obciążyć Pińskiego. Teraz J&S próbuje ściągnąć od Pińskiego tę należność.

Jednak komornik jest bezradny, bo dziennikarz... nie ma majątku, który przepisał na rodzinę. A całe jego dochody to 150 zł z małego wydawnictwa Penelopa. Na dodatek Piński nie pojawia się teraz w sądzie.

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!

Więcej o: