Applebaum: Rosja chciałaby unieważnić transformację. "Nie potrzeba wielu pieniędzy, by utrzymać antyzachodnią retorykę"

"Przewodniczący rosyjskiego parlamentu polecił rozpocząć historyczne śledztwo: Czy aneksja NRD przez RFN była uprawniona? Czy nie powinna zostać cofnięta? Siergiej Ławrow sugerował w Monachium, że zjednoczenie zostało przeprowadzone bez referendum. Publiczność wybuchnęła śmiechem. Cofnąć zjednoczenie Niemiec? To by oznaczało, że porozumienia po 1989 r. są nieważne!" - pisze Anne Applebaum w "The Spectator".
Jej zdaniem, możemy się z tego śmiać do momentu, kiedy uświadomimy sobie, że właśnie to chcieliby osiągnąć rosyjski przewodniczący parlamentu, rosyjski minister spraw zagranicznych i rosyjski prezydent, który kiedyś nazwał upadek Związku Radzieckiego "największą katastrofą geopolityczną XX wieku".

Niedorzeczny plan cofnięcia transformacji

Applebaum przyznaje, że rosyjski plan brzmi niedorzecznie - upadł mur berliński, imperium sowieckie nie istnieje, większość państw dawnego Układu Warszawskiego przystąpiła do Unii Europejskiej i NATO, a obalenie komunizmu jest powszechnie uważane za ogromny sukces.

"Przez ostatnią dekadę kłóciliśmy się m.in. o Irak, Iran i Afganistan, ale nie o Rosję. A w tym czasie Rosja wdrażała wielką strategię mającą na celu zniszczenie NATO, osłabienie UE, podzielenie Zachodu, i - przede wszystkim - cofnięcie transformacji" - ocenia publicystka. Uważa przy tym, że Rosja nie inicjuje antyeuropejskich ruchów, a jedynie wspiera je, gdy pojawiają się w innych krajach. Przykładem jest nowy rząd Grecji, którego pierwszą decyzją nie były negocjacje ws. swojego ogromnego zadłużenia, a protest przeciwko sankcjom wobec Rosji.

Applebaum wskazuje, że to niejedyne wpływowe znajomości Rosji na świecie. W Wielkiej Brytanii Rosja ma swoich ludzi w City, a we Francji utrzymuje bliski kontakt z przemysłowcami, i skrajnie prawicowym Frontem Narodowym, któremu udzielił pożyczki. Zauważa również, że Francja i Wielka Brytania to stabilne demokracje, więc w mniejszych krajach Kreml może osiągnąć znacznie więcej.

Czesi niezadowoleni z ostatnich 25 lat

Publicystka była zaskoczona, jak wielu Rosjan spotkała podczas ostatniej wizyty w Pradze. Stolica Czech stała się bowiem "biedniejszym Londynem". Rosjanie, których nie stać na zakup mieszkania w londyńskim Mayfair, kupują je w barokowym centrum Pragi. Będąc na miejscu, szybko zorientowali się, z jaką łatwością mogą wpływać na czeską politykę.

Rosjanie nie musieli tworzyć negatywnych nastrojów wobec transformacji. Nie wszyscy są zadowoleni z ostatnich 25 lat, a sfrustrowani młodzi nie pamiętają dawnych czasów. Od 2013 roku, kiedy czeski rząd upadł po aferze korupcyjnej, czeski internet wypełnił się opiniami na temat "skorumpowanej klasy politycznej" i "zmarnowanych lat". Internauci atakują też Ukrainę i wspierają aneksję Krymu. W takiej atmosferze wystarczy drobne dofinansowanie mediów przez Rosję.

Wiele zdziałać mogą też pieniądze zainwestowane w politykę. Kampania wyborcza obecnego prezydenta Milosza Zemana była finansowana przez rosyjski Łukoil. Od tego czasu Zeman protestuje przeciwko sankcjom, bagatelizuje inwazję na Ukrainę i zaprasza do Pragi rosyjskich oligarchów.

Nie potrzeba prorosyjskich rządów, wystarczą antyzachodnie

Unia Europejska nie opłaca anonimowych trolli do manipulowania mediami, jak robi to Rosja w całej Europie. Nie finansuje też skrajnie prawicowych partii, co robi Kreml w Paryżu i Budapeszcie. Premier Węgier Viktor Orban również przejął anty-transformacyjny dyskurs. Etnicznym Węgrom w Rumunii mówił, że "czas zrezygnować z dogmatów i ideologii Zachodu. Wyjaśnił też, że woli "nieliberalne demokracje" jak Turcja, Chiny i Rosja - zauważa publicystka.

"Nawet w Polsce internetowe trolle mówią o < >, a główni politycy opozycyjni mówią o III RP jako o katastrofie. Istnieją ludzie, którzy stracili na transformacji, ale należą do mniejszości. Nikt nie tęskni za Rosją w Polsce, ale nie o to chodzi: Rosja nie potrzebuje, by rządy Polski, Węgier czy Słowacji były prorosyjskie. Potrzebują antyniemieckich, antyzachodnich lub po prostu słabych rządów" - czytamy w "The Spectator".

Applebaum uważa, że jeśli znaczna liczba "niesfornych" Europejczyków dojdzie do władzy, to "nietrudno sobie wyobrazić, że część krajów wyjdzie z Unii Europejskiej. Grecja jest już w połowie drogi, a jeśli kryzys gospodarczy i polityczny uderzy w Niemców, to też mogą porzucić swoich europejskich partnerów i NATO".

Nikt się nie zaśmieje

"Czy na miejscu Władimira Putina nie chcielibyście przynajmniej spróbować? Na terenie dawnego NRD jest jeszcze wielu byłych agentów Stasi i wielu byłych agentów rosyjskich. Nikt nie zauważy, jeśli kilka podejrzanych firm wpłaci rosyjskie pieniądze na konta antyeuropejskich partii politycznych. Po aferze Snowdena i rzekomym podsłuchu w telefonie kanclerz Merkel, Niemcy są wystarczająco wściekli na Amerykanów. Ci z kolei dawno przestali traktować Brytyjczyków jako poważnych graczy geopolitycznych. Nie potrzeba wielu pieniędzy i trolli, by utrzymać antyzachodnią, antyamerykańską i antyunijną retorykę, tak długo jak będzie trzeba" - ostrzega.

Na koniec dodaje: "Dowiemy się o tym, gdy kolejny minister spraw zagranicznych stwierdzi, że porozumienia po zimnej wojnie nie są ważne i nikt się nie zaśmieje".

Więcej o: