Tadeusz Sołtys, prezes RMF FM: Czasem zazdroszczę tabloidom. Bo jak władza robi głupoty, trzeba lać i patrzeć, czy równo puchnie

- Co jest złego w tym, że ktoś czyta Pudelka, "Super Express", "Fakt"? Jeśli sobie popatrzymy, ile afer, ilu odwołanych ministrów, którzy nabroili, jest autorstwa tych tabloidów, to czasem nawet zazdroszczę. Bo to jest funkcja prasy. Jeśli władza robi głupoty, trzeba lać ją po twarzy i patrzeć, czy równo puchnie. A wiemy, że władza robi głupoty - mówi w wywiadzie dla Gazeta.pl Tadeusz Sołtys, prezes RMF FM.
Tadeusz Sołtys w 1990 r. był jednym z założycieli dzisiejszego radia RMF FM. Potem przeszedł wszystkie szczeble radiowej kariery: od reportera, dziennikarza, prowadzącego audycje na antenie po dyrektora programowego i wreszcie prezesa rozgłośni. Radio RMF FM obchodzi właśnie 25-lecie istnienia.

Krzysztof Lepczyński: Rzuca pan długopisami w pracowników?

Tadeusz Sołtys: Nie rzucam. Z tego, co usłyszałem, idąc korytarzem, moi pracownicy wysłali zestaw długopisów pani Monice Olejnik. Mam nadzieję, że ma dystans i przyjmie nasz prezent.

Zachowanie konkurencji mile połechtało?

- Nie, nie zwracam uwagi na takie rzeczy. To nie jest coś, nad czym mielibyśmy dywagować. Bo jakie to ma znaczenie?

No właśnie. Czy to nie jest z punktu widzenia słuchaczy zupełnie pusty gest? Przecież oni się nie rzucą do konkurencji, bo została zacytowana na antenie.

- Oczywiście. Słuchalności nie buduje się takimi wypadkami, tylko konsekwencją w działaniu.

Wróćmy do początków. Co to znaczy, że jest pan "dzieckiem 'Trójki'"?

- Zaczynałem pracę, będąc małym chłopcem, w rozgłośni Polskiego Radia w Krakowie w 1985 r. Przez pięć lat pracowałem w publicznej radiofonii, innej nie było. Po roku byłem korespondentem "Trójki" w Krakowie. Wychowałem się na tej stacji radiowej, ona uczyła mnie muzyki. I zaszczepiona wówczas miłość do wykonawców trwa do dziś. Tam też nauczyłem się rzemiosła radiowego. Dopiero później trafiłem do RMF. W Radiu Kraków spotkała się grupa ludzi, którzy mieli marzenie, że zrobią zupełnie inną stację radiową.

Inną?

- Będzie mi trudno to panu wytłumaczyć, bo pan jest dużo młodszy. Wtedy były cztery programy Polskiego Radia, ale "Trójka" nie wyglądała tak jak dziś. Do godz. 9 była audycja "Zapraszamy do 'Trójki'", później audycja ekonomiczna, potem literacka, potem powtórka z rozrywki i znów "Zapraszamy do 'Trójki'". I wieczorem jeszcze pasmo publicystyczne. Żeby dostać się na antenę, trzeba było się nieźle nasprężać. Proszę zwrócić uwagę, ile czasu zajmowały tam różnego rodzaju audycje literackie. Nie chcę powiedzieć, że to coś złego, ale my chcieliśmy robić zupełnie inne radio. Od początku wiedzieliśmy, że chcemy robić radio komercyjne, które musi na siebie zarobić, bo w przeciwnym razie najzwyczajniej padnie. Produkowanie informacji na potrzeby tamtej radiofonii polegało na tym, że reporter jechał, nagrywał materiał i czekał do popołudnia, bo tylko wtedy można to było wyemitować. I nie można było przerwać audycji literackiej wejściem na żywo.

Byliście bardziej dynamiczni.

- I graliśmy więcej muzyki. To były czasy, kiedy dostęp do muzyki właściwie nie istniał. Radio było jej jedynym dostarczycielem. Tymczasem mieliśmy stacje, która nowe utwory przywiezione w walizce z Zachodu grały tylko rano albo po południu. I pojawił się RMF, który grał muzykę całą dobę. Nie trzeba było czekać, żeby czegoś wysłuchać.

Rewolucja.

- Absolutna. Jeśli był nowy utwór wart wyemitowania na antenie, od razu pojawiał się w RMF. Radio było dostarczycielem nie tylko rozrywki, ale było oknem muzycznym na świat, jak dziś YouTube czy Spotify. Zupełna inna filozofia.

Na początku edukowaliście słuchaczy, tworzyliście trendy. A później coś się zaczęło zmieniać.

- Ale to nie my zaczęliśmy się zmieniać, przyczyną była zmieniająca się konsumpcja mediów. Jeśli powstają takie narzędzia jak internet, portale internetowe, wiadomo, że radiofonia musi się dostosować. Jeszcze bardziej przyspieszyć informacje i zrezygnować z bycia liderem i przewodnikiem w gustach muzycznych, bo to bez sensu. Dawniej czekało się na audycje, w których wielkie osobowości radiowe prezentowały płyty, do których miały dostęp. Dzisiaj nie trzeba tego robić, bo ta sama płyta jest w internecie dostępna na kilka dni przed taką audycją. Więc po co się kopać z koniem? Wpływanie na gusta Polaków jest mocno ograniczone i nie mam o to pretensji. Takie czasy. Dzisiaj pytamy słuchaczy, które utwory im się podobają. I jeśli im się podobają, to je emitujemy. Jeśli nie, nie trafiają na antenę.

To pańskie motto: słuchacz jest najmądrzejszy.

- Jestem o tym przekonany. Nie lansuję własnego gustu muzycznego i nie mam o to pretensji. Od tego są stacje komercyjne, żeby spełniać oczekiwania ludzi. I to staram się robić.

Trafiłem ostatnio na fanpage "Grupa wsparcia dla przymusowych słuchaczy RMF FM".

- Nie znam.

On nie jest duży. Ale coś pokazuje.

- Co to znaczy: przymusowych?

To chyba ludzie, którym się nie podoba ta muzyka. Ale muszą jej słuchać w pracy czy autobusie.

- Mamy wolny kraj. Jest w nim 200 stacji radiowych. Każdy może wybrać. I nie bardzo rozumiem, co to znaczy być przymusowym słuchaczem. Przed laty proponowano nam, by w Krakowie na przystankach tramwajowych były instalowane głośniki i by ku umileniu czasu leciał tam RMF. Piekielnie się tego bałem, bo to nie jest miejsce do słuchania radia. Wykonałem próbę i szybko się z tego wycofałem. Nie chcę nikogo zmuszać do słuchania RMF, dlatego jestem wdzięczny tym ponad ośmiu milionom naszych słuchaczy, którzy codziennie włączają RMF FM. Nikt ich nie zmusza, badania też nie są robione pod przymusem.

Ale właśnie przez to schlebianie odbiorcy zdaniem wielu obserwatorów media równają w dół.

- Jestem przeciwny takim sądom. Zbiera się kilku mądrych panów z tytułami redaktorskimi czy doktorskimi i wyrokują, że jesteśmy coraz głupsi. Na jakiej podstawie? Jaki mają do tego mandat? Co znaczy "równają w dół"? Co jest złego w tym, że ktoś czyta Pudelka, "Super Express", "Fakt"? Jeśli sobie popatrzymy, ile afer, ilu odwołanych ministrów, którzy nabroili, jest autorstwa tych tabloidów, to czasem nawet zazdroszczę. Bo to jest funkcja prasy. Jeśli władza robi głupoty, trzeba lać ją po twarzy i patrzeć, czy równo puchnie. A wiemy, że władza robi głupoty.

Mówienie, że media psieją? Obserwując czytelnictwo obu gazet, nie odnoszę takiego wrażenia. Ludzie tego chcą. Ich naprawdę nie interesuje, że dwóch panów właśnie zakłada partię, do której przystąpi jeszcze trzeci pan. Taka wiadomość nawet nie trafi do mnie do "Faktów". Bo jakie to ma znaczenie? Żadne. Jeśli tych trzech panów coś zrobi dla mnie, dla moich pieniędzy, będę o tym mówił. A teraz? Co mnie to obchodzi?

A to rosnące rozemocjonowanie mediów?

- Nie jest dla nikogo tajemnicą, że media są podzielone. Można powiedzieć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że ten tytuł sprzyja tamtej opcji, a tamten tej opcji. A jest pan w stanie powiedzieć, której opcji sprzyja radio RMF?

?

- No właśnie. Sukces tej stacji polega na tym, że tworzą ją ludzie o bardzo różnych poglądach. Mam w redakcji i ludzi zdecydowanie lewicowych, i zdecydowanie platformerskich, i prawicowców. Ale wszystkim im kiedyś powiedziałem: moi drodzy, nie pozwolę na uprawianie własnej polityki na antenie. Możecie mieć poglądy polityczne, możemy się ścierać w redakcji, ale jeśli ktoś będzie to przemycał na antenę, nie będzie litości. Poglądy polityczne zostawiamy na wycieraczce, wchodząc do roboty. Mam jedną zasadę: patrzeć władzy na ręce, obojętnie, czy jest zielona, czerwona czy niebieska.

To jest do powtórzenia w innych mediach?

- To jest problem redaktorów naczelnych i kolegiów w gazetach. Ja się tym nie zajmuję, kompletnie mnie to nie interesuje. Ja robię swoje.

A jak pan słyszy o misji w mediach, co pan myśli?

- Sprzeniewierzyłbym się zasadzie, o której przed chwilą mówiłem. Bo jeśli myślę o misji, to pierwszy jest abonament. A druga myśl: co jest robione z tymi pieniędzmi. I wkraczamy na pole minowe, bo musiałbym komentować, jak są wydawane pieniądze z abonamentu. A nie chcę tego robić, choć mam do tego krytyczny stosunek.

Ale przyznaje pan, że taka misja jest potrzebna?

- I pan, i ja płacimy abonament.

To może nie płaćmy.

- Był taki polityk, który to mówił przed laty, i nic z tego nie wyszło.

Chodzi mi o coś innego: czy ma pan potrzebę, by poza wielkimi komercyjnymi stacjami były mniejsze, "misyjne"?

- Oczywiście, cieszyłbym się z tego. Sam robię od niedawna taką stację radiową, nie bez kłopotów. Była częstotliwość używana przez studentów w Krakowie, finansowana przez rektorów. Ale zabrakło pieniędzy. Ta stacja miała być zamknięta. Pomyślałem sobie: sam pochodzę z radiofonii akademickiej, może trochę zainwestuję, spróbuję to uratować. I 80 studentów, wolontariuszy tworzy studencką rozgłośnię. Tak rozumiem misję. Mówię czasem, że jestem komercjuszem i się tego nie wstydzę. Ale od czasu do czasu robimy różne rzeczy. Pomagaliśmy powodzianom, dwa razy w roku robimy audiobooki i wręczamy je dzieciakom na oddziałach szpitalnych. Mnóstwo tych rzeczy, ale nie trąbię o tym nadmiernie. Tego się nie robi na pokaz.

A misja w RMF?

- Czy nie jest misją informacja o wypadku na drodze, która poprzedza w serwisie RMF FM informację o wizycie Angeli Merkel w Polsce? Wiem, że ta droga dla jakiejś grupy ludzi jest niezwykle istotna. Naszą misją jest to, żeby słuchacz był jak najlepiej poinformowany.