Passent: Kaczyński, Miller, Piechociński nie mają odwagi. Wystawili dublerów. Wybory prezydenckie są spaczone

"Liderzy PiS, PSL i SLD nie mają odwagi stanąć do wyborów i chowają się za pięknymi i młodymi" - pisze Daniel Passent w serwisie Polityka.pl. Wybory prezydenckie nazywa konkursem piękności. Jednak Michał Szułdrzyński zauważa w "Rzeczpospolitej", że to nie pierwsza elekcja, w której występują dublerzy.
Kandydatem PSL w wyborach prezydenckich został Adam Jarubas, wiceszef ludowców i marszałek województwa świętokrzyskiego. Daniel Passent na blogu w serwisie Polityka.pl i Michał Szułdrzyński w "Rzeczpospolitej" zgodnie przyznają: decyzja jest zrozumiała. PSL, stawiając na Bronisława Komorowskiego, tylko by stracił, promując polityka z innej przecież partii. Jednocześnie jednak wystawienie raczej nieznanego na krajowej scenie polityka to spore ryzyko.

Spaczone wybory?

"Nie podoba mi się, że liderzy PSL - podobnie jak liderzy SLD - nie mają odwagi stanąć do wyborów i chowają się za pięknymi i młodymi" - ocenia Passent. Jego zdaniem Jarubas i Magdalena Ogórek zostali "wypchnięci na ring", bo Januszowi Piechocińskiemu i Leszkowi Millerowi zabrakło na to odwagi. Podobnie Jarosław Kaczyński unika starcia z Bronisławem Komorowskim.

"Ci, którzy trzęsą partiami politycznymi, nie mieli odwagi wziąć na siebie odpowiedzialności, wysunęli młodych, medialnych i atrakcyjnych, skazując ich na gorycz porażki. Rozbawieni, roześmiani, zadowoleni, że znaleźli przedstawicieli nowego pokolenia, pięknych trzydziestolatków i czterdziestolatków" - pisze Passent. I pyta, czy to jeszcze wybory prezydenckie, czy konkurs piękności. Stawkę w elekcji prezydenckiej opisuje bowiem tak: urzędująca głowa państwa kontra galeria dublerów. Publicysta pisze wręcz o "spaczonych wyborach".

Zastępstwa

W podobnym duchu pisze w "Rzeczpospolitej" Szułdrzyński. Zauważa, że spośród pięciu partii parlamentarnych "tylko PO postawi na pełnokrwistego polityka". "Pozostałe ugrupowania wystawią kandydatów 'w zastępstwie'" - wskazuje.

Publicysta zwraca uwagę na poważne ustrojowe konsekwencje lekceważącego podejścia do wyborów prezydenckich. Przypomina, że wybory w 1990 roku miały być "starciem gigantów" - Tadeusza Mazowieckiego i Lecha Wałęsy. I choć wyszło trochę inaczej - zamieszał Stan Tymiński - to stawka wyborów była nieporównanie wyższa. Nawet w 2005 roku starły się wizje dwóch partii, które polską politykę zdominowały na dekadę.

Władza i żyrandol

Według Szułdrzyńskiego "praprzyczyną" obniżenia rangi wyborów prezydenckich była decyzja Donalda Tuska, który w 2010 roku nie stanął do elekcji. Otwarcie przyznał, że woli zostać premierem niż "pilnować żyrandola". Zastąpił go Bronisław Komorowski.

Obecna sytuacja jest więc tego logiczną kontynuacją. Kolejni kandydaci są "w zastępstwie", a wybory "na niby". A Szułdrzyński sugeruje, by skończyć z fikcją i ustrojowo zapisać, kto w Polsce rządzi, a kto pilnuje żyrandola.