Samorządy oszczędzają na edukacji, budżet broni się przed podwyżkami. A jakie są pensje nauczycieli? "Żenująco niskie"

Nauczyciele chcą rozmawiać z ministerstwem o podwyżkach płac. Czy mają powód, by się ich domagać? Aleksandra Pezda udowadniała na antenie TOK FM, że nauczyciele, choć wykonują zawód zaufania publicznego, nie są szanowani przez system. - Gdyby samorządy decydowały o liczbie zajęć, pracę straciłoby ok. 30 proc. nauczycieli, a reszta byłaby zarzynana nadmiarem lekcji - mówiła.
Związek Nauczycielstwa Polskiego od początku roku postuluje rozpoczęcie rozmów z Ministerstwem Edukacji Narodowej na temat wynagrodzeń nauczycieli. Chodzi o podwyżki w 2016 r. o minimum 10 proc. Związkowcy chcą też powrotu do systemowego rozwiązania regulacji wynagrodzeń nauczycieli od stycznia kolejnego roku, a nie od września. ZNP przypomina, że obecny - 2015 r. - jest trzecim z rzędu, w którym nauczyciele nie dostaną podwyżek.

Celem związku jest wzrost płac nauczycieli do poziomu przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce, które w grudniu 2014 r. wynosiło 4004 zł. Prezes ZNP poinformował w połowie stycznia, że nawet średnie wynagrodzenie nauczycieli określone w Karcie dla wszystkich stopni awansu zawodowego jest od niego niższe - wynosi 3661 zł. Niższe od niego jest także wynagrodzenie zasadnicze nauczycieli dyplomowanych, czyli na najwyższym stopniu awansu zawodowego, i wynosi obecnie 3109 zł.

Samorządy nie chcą płacić za edukację

Aleksandra Pezda tłumaczyła na antenie TOK FM, że podwyżki, które nauczyciele dostali do tej pory, zależały m.in. od stażu ich pracy. Najwięcej mieli zyskać nauczyciele stażyści, którzy dopiero zatrudnili się w szkole. Pensja netto stażysty wynosiła w 2007 roku niespełna 900 zł, teraz jest to 1830 zł.

- Pensje nauczycielskie są w większej części formowane centralnie, a około jedna trzecia wynagrodzenia jest ustalana przez samorządy i w zależności od zamożności ich portfela nauczyciele mogą dostawać wyższe lub niższe dodatki motywacyjne, ale to i tak nie rekompensuje różnic między miastem a wsią - wyjaśniała dziennikarka.

- Trzy tysiące w małej miejscowości to nie jest mała pensja, ale pomyślmy o takiej pensji dla nauczyciela w Warszawie. To jest żenująco nisko, nawet jeśli Warszawa utrzymuje najwyższe w kraju dodatki motywacyjne - dodała.

Czy pensje nauczycieli powinny być ustalane centralnie? Dziennikarka zauważyła, że to rozwiązanie ma dobre i złe strony. - Z polskiego doświadczenia widać, że wielu samorządowców nie szanuje tego zawodu i dokonują różnych ekwilibrystyk, żeby oszczędzić na pensjach nauczycieli. Nie chce mi się wierzyć w to, że nauczyciele zarabialiby dużo, gdyby pozwolić samorządom ustalić całość ich pensji - wyjaśniła i dodała, że centralna pensja to obrona poziomu zarobków nauczycieli.

- Z drugiej strony jednak nie wywinduje się pensji, bo budżet państwa też będzie się przed tym bronił - stwierdziła.

Korepetycje lepsze od szkoły?

Prowadzący audycję Jakub Janiszewski zauważył, że nauczycielom bardziej opłaca się ograniczyć pracę w szkole i udzielać korepetycji prywatnie. - Tak właśnie robią nauczyciele. To zresztą jest kolejny obrazek rzeczywistości nauczycielskiej - spora grupa nauczycieli ma dodatkowe godziny lub nawet etaty. Właściwie tak się już przyjęło, że o ile to jest możliwe - a małych miejscowościach nie bardzo jest to możliwe, bo jest niż demograficzny - nauczyciel szuka dodatkowych godzin - powiedziała Pezda.

Stwierdziła również, że szukanie dodatkowej pracy jest powodem, dla którego nauczyciele bronią pensum, czyli określonej liczby godzin zajęć nauczyciela. Brak możliwości jej zwiększenia pozwala im dorobić do pensji, która "jak na zawód zaufania publicznego nie jest zbyt wysoka".

Deklaracje kolejnych rządów

- Edukację obywateli, a więc też zawód nauczyciela, powinno się traktować poważnie. Powinniśmy zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby garnęli się do niego ludzie wartościowi, dobrze wykształceni i z pasją. Jak to zrobić? To nie jest kwestia tylko pensji, ale też warunków pracy - zauważyła Pezda.

Przypomniała, że przed laty rządzący "umówili się" z nauczycielami, że ci drudzy dostaną pewne przywileje i możliwość "dorabiania na boku" w zamian za mniejszą pensję. - Jesteśmy zakładnikami tego systemu i trzeba go zmienić, ale mądrze. Gdybyśmy zlikwidowali pensum i pozwolili o godzinach pracy decydować samorządom, to pracę straciłoby pewnie ok. 30 proc. nauczycieli, a reszta byłaby zarzynana nadmiarem lekcji - wyjaśniła.

- Eksperci mówią od lat, że trzeba zmienić zapisy w Karcie nauczyciela, ale należy spojrzeć na to szerzej niż tylko z perspektywy pensum i pensji. Mówi się o tym na początku każdej kadencji nowego rządu i na końcu kadencji odchodzącego rządu, ale nikt nie ma odwagi i pomysłu, żeby to zrobić - podsumowała.

Więcej o: