Trwają walki, jakich nie widziano od miesięcy. W Donbasie ruszyła ofensywa wspieranych przez Rosjan separatystów

"Namacalny postęp", "wycofanie ciężkiego sprzętu", "dalsze rozmowy" - z Berlina, gdzie negocjowano o rozwiązaniu ukraińskiego konfliktu, powiało optymizmem. To jednak optymizm przedwczesny: bo w tym samym czasie w Donbasie toczą się walki, jakich nie widziano tam od miesięcy.
- W mojej opinii na naszym dzisiejszym spotkaniu doszło do "namacalnego postępu" - mówił w środę wieczorem na konferencji prasowej szef niemieckiego MSZ Frank-Walter Steimeier. Wkrótce opublikowano też wspólne oświadczenie, w którym szefowie dyplomacji Niemiec, Francji, Rosji i Ukrainy jednym głosem nawoływali do wstrzymania ognia, respektowania postanowień mińskiego porozumienia i wyrażali ubolewanie z powodu kolejnych cywilnych ofiar konfliktu.

Ale konkretów znów zabrakło. A o "namacalnym postępie" paradoksalnie mogą dziś mówić przede wszystkim wspierani przez Rosję separatyści, których ofensywa ruszyła niemal na całym froncie walk. Najbardziej wyrazistym symbolem ich sukcesu jest zaś ostateczny upadek ukraińskiego bastionu, jakim był broniony przez 242 dni port lotniczy w Doniecku.

Walki pod Donieckiem, Ługańskiem, Mariupolem

Choć ukraińskie władze oficjalnie wciąż mówią o tym, że "część budynków i część terytorium lotniska pozostaje pod kontrolą ukraińskich żołnierzy", a w rejonie trwają walki, jest to już chyba tylko zaklinanie rzeczywistości: z doniesień mediów, niezależnych blogerów, a także samych żołnierzy znajdujących się w pobliżu Doniecka wynika niezbicie, że Ukraina już przegrała tę bitwę.

I choć można twierdzić, że doniecka klęska ma wymiar bardziej symboliczny niż militarny (bo strategiczne znaczenie zrujnowanego lotniska nie jest już tak duże), to ukraińskie dowództwo nie ma powodów do zadowolenia: sytuacja w całym Donbasie jest bowiem naprawdę trudna.

Do gry wróciły regularne siły rosyjskie (Prezydent Poroszenko mówił w środę kolejnych dwóch tysiącach żołnierzy FR, którzy wtargnęli na Ukrainę), a poza Donieckiem gorąco zrobiło się też na północy, w okolicach Ługańska, i na południu - pod Mariupolem.

Żeby zrozumieć, że walki na Ukrainie wróciły do intensywności niewidzianej tam od lata, wystarczy rzucić okiem na mapy, które codziennie publikuje Ukraińska Rada Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony. Zaznaczone są na nich miejsca starć, do których doszło danego dnia. Jeśli spojrzeć na najnowszą i porównać ją z grafiką opublikowaną w grudniu, wnioski są oczywiste...

Sytuacja w Donbasie 16 grudnia i 22 stycznia:

fot. Twister.com

Sygnały o ponownym zaostrzeniu sytuacji można było dostrzec już kilka dni temu: nasilający się ostrzał artyleryjski, napływające rosyjskie oddziały czy wysadzenie przez sabotażystów wiaduktu kolejowego na strategicznej trasie prowadzącej z centralnej Ukrainy do frontowego Mariupola, mówią same za siebie.

Obrona szosy Bachmuckiej i walki pod Mariupolem

Od kilku dni zacięte walki trwają wzdłuż tzw. Trasy Bachmuckiej, położonej niedaleko Ługańska. To tam, wedle eksperta ds. wojskowości Dmytry Tymczuka, cytowanego przez Defence24.pl , walczą ściągnięte niedawno z Rosji regularne oddziały.

"Pierwsza fala uderzenia poszła na umocnione punkty nr 29 (koło wsi Żełobok) i nr 31 (koło miejscowości Krymskoje)" - opisuje walki Grzegorz Kuczyński z TVN 24 .

Z chaosu napływających z tego rejonu informacji trudno wywnioskować, jak obecnie wygląda sytuacja. Rzecznik "operacji antyterrorystycznej" Leonid Matiukin http://uacrisis.org/ato-spokesman/twierdził dziś, że obok donieckiego lotniska to właśnie jest rejon najcięższych obecnie walk.

Od kilku dni sytuacja jest coraz bardziej napięta także w okolicach portowego Mariupola. Artyleria sił rebelianckich ostrzeliwuje okoliczne miejscowości, dochodzi też do starć.



Wedle niektórych źródeł w ten rejon również ściągnięto regularne rosyjskie oddziały. Wydaje się więc, że atak na miasto jest kwestią czasu.

"Nie terroryści, tylko Rosja"?

Przez ostatnich kilka miesięcy temat ukraińskiego kryzysu nieco spowszedniał tak polskiej, jak i światowej opinii publicznej: kruche zawieszenie broni, ostrzał artyleryjski, co jakiś czas doniesienia o stratach którejś ze stron - tego typu informacje mogły umykać w zalewie innych wiadomości.

Wydarzenia ostatnich dni każą jednak spodziewać się, że wojna w Donbasie znów wróci na pierwsze strony gazet. Bo niestety diagnoza, którą postawił szef niemieckiego MSZ, mówiąc o "namacalnym" postępie w dążeniach do pokoju, to pustosłowie. Zwłaszcza w świetle po raz kolejny potwierdzonych przez NATO informacji o obecności na Ukrainie sił rosyjskich.

Wydaje się więc, że znaczniej trafniej od Steinmeiera sytuację na wschodzie Ukrainy opisała dziś w rozmowie z dziennikarzami prezydent Litwy Dalia Grybauskaite. - To otwarta terytorialna agresja, za którą nie stoi żadni terroryści-separatyści, ale sama Rosja - stwierdziła.

Kreml konsekwentnie powtarza zaś, że wszelkie informacje o zaangażowaniu rosyjskiego wojska na Ukrainie, to "kompletna bzdura" .

A dlaczego do wzmożenia walk doszło właśnie teraz? Ciekawą tezę na ten temat stawia Marek Menkiszak z Ośrodka Studiów Wschodnich.

Twierdzi on, że intensyfikacja walk "jest następstwem fiaska przygotowań do szczytu w Astanie [gdzie przywódcy Rosji i Ukrainy mieli wraz z liderami państw UE prowadzić rozmowy pokojowe - przyp. red.]. W tej sytuacji zapewne Kreml doszedł do wniosku, że jedynie groźba poważnej eskalacji konfliktu zbrojnego, odpowiedzialnością za którą powinien zostać obarczony Kijów, będzie w stanie przełamać polityczny impas i skłoni UE, a zwłaszcza Niemcy, do pogodzenia się z faktycznym niewypełnieniem przez Rosję porozumienia mińskiego". Czy plan Moskwy się powiedzie? To pytanie wciąż pozostaje otwarte.

O Ukrainie, Egipcie, Syrii i miejscach, które ogarniają współczesne rewolucje, przeczytaj w książce "Motory rewolucji" >>

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!

Więcej o: