Przychodnie dzisiaj to biznes jak każdy? "Nie utrzymają się na wolnym rynku. Pacjenci są za biedni, żeby płacić"

- Lekarze rodzinni pierwsi i hurtem doszli do wniosku, że reforma otwiera szansę na niezły biznes. I to był niezły biznes przez kilka lat, kiedy rosła składka do NFZ. Po kryzysie im się dzieje gorzej, ale przecież to nie są jedyni przedsiębiorcy ani pracownicy, którym dzieje się gorzej - mówiła w TOK FM Joanna Solska.
"Jesteśmy lekarzami, a nie biznesmenami" - zarzeka się lider Porozumienia Zielonogórskiego Jacek Krajewski. Jego organizacja jest obecnie w sporze z Ministerstwem Zdrowia, a część lekarzy w niej zrzeszonych nie otworzyła 1 stycznia gabinetów. O co chodzi? Wg ministerstwa - o pieniądze. Wg PZ - o niekorzystne zmiany.

Bartosz Arłukowicz, minister zdrowia, twierdzi, że lekarze chcą zwiększenia nakładów na Podstawową Opiekę Zdrowotną o 2 mld zł, podczas gdy resort zaproponował ponad 1,1 mld zł. Krajewski zarzeka się, że nie - że chodzi im m.in. o zniesienie limitów onkologicznych czy likwidację możliwości jednostronnej zmiany umowy przez NFZ.

A pacjenci? - Najłatwiej im dojść do wniosku, że to, co się w tej chwili odbywa przed drzwiami przychodni, odbywa się w myśl zasady: po pierwsze - zaszkodzić - stwierdziła w Raporcie Gospodarczym w TOK FM Joanna Solska.

O co chodzi?

Dziennikarka "Polityki" i TOK FM doprecyzowała: - Pacjent, jeśli nawet znajdzie sobie lekarza, który będzie gotowy udzielić mu pomocy, to dowiaduje się potem, że bez dokumentacji nie może dostać zwolnienia czy zaszczepić dziecka. Czyli lekarz, który zamknął przychodnię, zrobił to z pełnym cynizmem, bo o tym wiedział.

Pacjenci na razie są wściekli, a ministerstwo i Porozumienie Zielonogórskie usztywniają coraz bardziej swoje stanowiska. - Próbują manipulować emocjami pacjentów - wkurzonych, rozgoryczonych, zrozpaczonych - kierując je przeciwko drugiej stronie. Ludzie się podzielili: jedni uważają, że wina jest po stronie pazernych lekarzy, drudzy - że po stronie nieudolnego ministra. A istota konfliktu zanikła - podkreśliła Solska. - Teraz mam wrażenie, że chodzi o dymisję ministra. Martwi mnie to tym bardziej, bo przyjdzie jeszcze pora oceniać ministra, natomiast pierwsza rzecz do zrobienia to rozwiązać problem.

Biznes o nazwie: przychodnia

Dziennikarka tłumaczyła w TOK FM, jak działa system, który generuje problemy, takie jak zamykanie przychodni. - Pierwszego dnia lekarze pierwszego kontaktu wystraszyli się twardości ministra, który powiedział: jeśli ktoś do końca roku nie podpisze kontraktu, to znaczy, że nie chce mieć tego kontraktu z NFZ. Warto zauważyć, że to jest protest właścicieli przychodni prywatnych i że dobrze wiedzą, że bez NFZ nie utrzymają się na rynku - tłumaczyła.

Solska podkreśla, że rozumie, iż lekarze mają prawo uznać, że zasady przygotowane "w pośpiechu" przez ministra Arłukowicza mogą nie być dla nich korzystne. - Ale jeszcze nikt nie jest w stanie policzyć, jak to zagra, bo te zasady gruntownie się zmieniły - przypomniała. - Lekarze uprzedzali, że będą walczyć z tymi zasadami również wtedy, kiedy podpiszą kontrakty. Nie było jednak mowy o zamykaniu przychodni. To się stało dwa dni przed końcem roku.

Czy to system wymusił na lekarzach myślenie czysto biznesowe? - Jak ruszała reforma zdrowia przed kilkunastoma laty, to nastąpiła masowa prywatyzacja lekarzy rodzinnych. Bo oni pierwsi i hurtem doszli do wniosku, że otwiera się szansa na niezły biznes - uważa Solska. - To był niezły biznes przez kilka lat, kiedy rosła składka do NFZ. Po kryzysie im się dzieje gorzej, ale przychodnie to nie są jedyni przedsiębiorcy ani pracownicy, którym dzieje się gorzej.

- Pewnie o zmianę zasad trzeba walczyć, ale przychodnie żyją z NFZ i oprócz tego, że być może te kontrakty nie są zadowalające, to dają stabilizację dochodów i pewność, że one będą. I to trzeba cenić - podkreśliła dziennikarka.

"Nikt nikogo nie przywiązuje do NFZ"

Spójrzmy jeszcze raz od strony biznesowej: czy lekarz-biznesmen, który twierdzi, że nie może przewidzieć, ile dostanie w 2015 roku, ma rację, że nie chce podpisać kontraktu? - Jeśli przedsiębiorca dochodzi do wniosku, że ktoś, kto chce kupić towar, daje niewystarczającą cenę, to mówi: ja go nie sprzedam, bo dokładam do interesu. Ja nie słyszałam, żeby przychodnie medycyny rodzinnej plajtowały, zmieniały właścicieli, wycofywały się - podkreśliła Solska.

Dziennikarka jeszcze przypomniała, że nikt nikogo nie przywiązuje do NFZ. Jest możliwość rezygnacji z kontraktu. - Ale jest coś za coś: to kontrakt chudy, ale pewny. Te przychodnie na wolnym rynku się nie utrzymają, bo polscy pacjenci są za biedni, żeby leczyć się za pieniądze. I przychodnie to wiedzą. Rozumiem, że chcą poprawić swoją sytuację finansową na wsi, w małych miasteczkach. Pewnie ona jest trudna. Ale jest stabilna - podsumowała publicystka.