Oleksy dla "Rz": Walczę z nowotworem. Chcę kościelnego pogrzebu, bo wszystkie komuchy taki miały

- Od dziewięciu lat toczę walkę z nowotworem. Lekarze mówią, że jest dobrze, ale im nie wierzę - mówi Józef Oleksy, b. premier i szef SLD, w ?Rzeczpospolitej?. - Podjąłem już pewne decyzje. Sam nagram przemówienie na swój pogrzeb - dodaje.
Niepotwierdzone informacje na temat choroby Józefa Oleksego pojawiały się w mediach od wielu miesięcy. Były premier zdecydował się na ucięcie spekulacji i w rozmowie z "Rzeczpospolitą" przyznaje, że choruje na raka.

"Na moim pogrzebie ma nie być ckliwo!"

- Nic mi nie jest poza tym, że jestem bardzo słaby. Nawet całkiem dobrze się czuję - mówi b. premier. Dodaje, że lekarze "wszystko ustabilizowali i mówią, że jest dobrze", ale on im nie wierzy.

- Na moim pogrzebie ma nie być ckliwo. Sam nagram przemówienie! Bo co, wyjdzie mi ktoś i będzie pieprzył nieszczerze? - pyta retorycznie b. premier. Deklaruje, że jego pogrzeb będzie kościelny, "bo wszystkie komuchy taki miały, a ci, co jeszcze żyją, też będą mieli". Oleksy dodaje, że być może nawet się wyspowiada.

"Nie policzyłem grzechów"

- W szpitalu odwiedził mnie abp Głódź, też tam leżał. Położył mi dłoń na ręce (...). Chciał mnie wyspowiadać, ale powiedziałem, że nie policzyłem grzechów - opowiada Oleksy. - Nie mam się na co skarżyć. Zdrowia nie mam, to wszystko, ale jesteśmy z żoną razem. Nie wiem, kiedy wyjdę z choroby i czy w ogóle... Ale nawet mnie to nie ciekawi. Nigdy nie zadałem lekarzom pytania, ile mi zostało. I to nie ze strachu. Po prostu będzie, jak będzie - mówi, tłumacząc, że choruje na nowotwór prostaty z przerzutami na kręgosłup.

W rozmowie utrzymanej w bardzo pozytywnym, jak na trudną sytuację zdrowotną Oleksego, tonie, opowiada on o wierze i swojej rodzinie. Mówi, że czasem brakowało mu w niej ciepła i oparcia. - Byłem bardzo, bardzo oddany mamie i bardzo pobożny. Naprawę wierzyłem w Boga - opisuje dawne czasy polityk.



"To ja jestem prawdziwą ofiarą komuny"

Oleksy opowiada o swoim pobycie w niższym seminarium duchownym, które rozwiązała, jak to określa, komuna. - Mówiłem solidarnościowcom, że to ja jestem prawdziwą ofiarą komuny, bo to mnie ona stanęła na drodze - wypowiada się żartobliwie. Deklaruje, że w PZPR znalazł się właściwie przez przypadek.

- Żyłem raczej porządnie, starałem się nie wyrządzać ludziom zła, nie krzywdzić ich. Nawet jak byłem w reżimie komuny, unikałem sytuacji, w których bym czegokolwiek nadużył - wyznaje Oleksy. Dodaje, że u "komunistów najbardziej drażniły go nonszalancja i nieposzanowanie polskich tradycji". - Lubiłem radzieckich, bo byli towarzyscy, choć czasem dość prostaccy. Ale wiedziałem, co to za ludzie - mówi.

Żona: To taki święty człowiek

Opowiada też, że w pewnym momencie przestał się zastanawiać nad kwestiami wiary. Nie chce odpowiedzieć na pytanie, czy teraz wierzy w Boga. - To jest obszar mojej wielkiej życiowej porażki. Nawet (moje - red.) dzieci odeszły od wiary. Moja żona była obojętna religijnie, o co do dziś mam do niej pretensje. Bo ja uważam, że to matka powinna dbać o wychowanie religijne dzieci - mówi.

- Tak, biorę wszystkie winy na siebie - wtrąca się do rozmowy żona Oleksego. - Przecież to niemożliwe, żeby on był winny. Taki święty człowiek - ironizuje.

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!


Gdy zwykli ludzie głosują na najlepsze zdjęcia, wygrywa dobro, miłość i humor>>