Zdjęła krzyż w pokoju nauczycielskim. Oskarżono ją o kradzież. ''W obecności 50 osób sugerowali, że kradnę też inne rzeczy''

W Zespole Szkół Sportowych w Krapkowicach na Śląsku doszło do dyskryminacji nauczyciela na tle światopoglądowym - tak twierdzi matematyczka z tej szkoły i składa w sądzie pracy pozew o odszkodowanie. A chodzi o to, że pani Grażyna zdjęła krzyż w pokoju nauczycielskim.
- Złości mnie pytanie, które słyszę: "A co ci ten krzyż przeszkadzał?". Powinniśmy zacząć od innego pytania i zapytać osoby, które wieszają wszędzie krzyże, dlaczego one to robią - opowiada nam pani Grażyna.

A było tak: nasza rozmówczyni rok temu wróciła do pracy w szkole po rocznym urlopie dla poratowania zdrowia. W pokoju nauczycielskim zobaczyła krzyż. - Wcześniej nigdy go tam nie było - mówi. Ale teraz jest - pojawił się w chwili, gdy do szkoły miał przyjechać biskup. - Ksiądz proboszcz, który jest też nauczycielem religii w naszej szkole, zakrzątnął się koło tego. Chcę podkreślić, że inicjatywa zawieszenia krzyża należała wyłącznie do proboszcza - mówi pani Grażyna.

Matematyczka wie też od innych, że ksiądz zbierał podpisy, że pedagodzy nie będą protestować. - Ale trudno oczekiwać od nauczyciela-katolika, do którego zwraca się ksiądz, żeby mu odpowiedział: "Mnie to będzie przeszkadzać" - mówi nasza rozmówczyni.

Zdjęła krzyż w czasie okienka, między lekcjami

Pani Grażyna jest nauczycielką od ponad 30 lat, z czego przez kilkanaście uczy w szkole w Krapkowicach. Od lat jest też egzaminatorem, do tej pory miała bardzo dobrą opinię wśród uczniów. - Mam też aktualną najwyższą ocenę pracy i mam swoje własne poczucie wartości i godności - mówi.

Nie kryje, że nie jest katoliczką i nie chciała symbolu krzyża w swoim miejscu pracy. Uznała więc, że sama krzyż zdejmie, a gdyby ktoś zapytał "dlaczego", wytłumaczy, jakie miała intencje. - W czasie okienka między lekcjami weszłam na krzesło, zdjęłam krzyż i położyłam go na półce - opowiada. Jak twierdzi, nikt nie zwrócił na to uwagi. Reakcja nastąpiła dopiero sześć tygodni później.

"Nazywano mój czyn kradzieżą. Grożono policją, piętnowano mnie"

Dyrektorka szkoły zwołała w trybie pilnym posiedzenie rady pedagogicznej. M.in. to spotkanie, ale również to, co wydarzyło się później - skutkowało złożeniem pozwu w sądzie pracy. "Zebranie odbyło się w obecności 50 osób i miało charakter piętnowania mnie. Nazywano mój czyn kradzieżą, grożono policją i kuratorium, sugerowano, że kradnę w szkole jeszcze jakieś inne rzeczy. Proponowano mi zwolnienie się z pracy" - napisała w pozwie pani Grażyna.

Matematyczka nie kryje, że początkowo w czasie posiedzenia rady nikt nie stanął po jej stronie - potem jednak pojawiły się głosy - prawdopodobnie - dwóch osób, które miały stwierdzić, że nie chcą w czymś takim uczestniczyć.

W trakcie rady pedagogicznej pod adresem pani Grażyny miało paść wiele mocnych słów. - Pani dyrektor na zebraniu bardzo krytycznie oceniła mój światopogląd i jednoznacznie potępiła mnie, przede wszystkim za sam czyn, a nie tylko za samowolność czynu - twierdzi nauczycielka.

Dyrektorka szkoły w Krapkowicach Teresa Wichary odmówiła komentarza i rozmowy na ten temat oraz na temat pozwu.

Pozew. "Najważniejsze dla mnie, by sąd uznał działania dyrekcji za niewłaściwe"

Ostatecznie pani Grażyna wystąpiła do sądu o odszkodowanie za dyskryminację w kwocie 5 tysięcy złotych. Ale podkreśla, że nie chodzi tu o pieniądze. - Najważniejsze dla mnie jest to, aby sąd uznał, że takie działania, jakie były podejmowane wobec mnie, są niewłaściwe i nie powinny mieć miejsca w demokratycznym państwie prawa - mówi.

W pozwie powołuje się m.in. na art. 11 Kodeksu pracy: "Jakakolwiek dyskryminacja w zatrudnieniu, bezpośrednia lub pośrednia, w szczególności (...) ze względu na wyznanie (...) jest niedopuszczalna". Mowa jest także o kilku paragrafach art. 18 Kodeksu pracy, w tym: "Przejawem dyskryminowania jest (...) niepożądane zachowanie, którego celem lub skutkiem jest naruszenie godności pracownika i stworzenie wobec niego zastraszającej, wrogiej, poniżającej, upokarzającej lub uwłaczającej atmosfery".

- Ja się nie czepiam o krzyż w gabinecie dyrektora. Jeśli dyrektor chce go sobie powiesić, proszę bardzo. Podobnie w klasach, gdzie decydują uczniowie, rodzice. Ale w pokoju nauczycielskim ja jestem współgospodarzem - mówi. W jej opinii miała prawo w tej formie wypowiedzieć swoje zdanie.

Nagle na panią Grażynę zaczęły się pojawiać skargi, m.in. o łamanie regulaminu (w kontekście sprawy krzyża). Kto stanął po jej stronie, też mógł mieć "na bakier" z panią dyrektor. Pisała do burmistrza, ale to nic nie dało. Próbowała udowadniać swoje racje w kuratorium i u wojewody. Jak mówi, wszędzie słyszała, że najlepiej, gdyby poszła do sądu i aby to sąd rozstrzygnął sprawę. Dlatego złożyła pozew.

Czy nie mogła porozmawiać o krzyżu z dyrektorką?

Pani Grażynie pomoże prawnik współpracujący z Fundacją "Wolność od religii". Prezeska fundacji Dorota Wójcik przyznaje, że zaskoczyła ją odwaga nauczycielki, która zdecydowała się zdjąć krzyż. Wójcik mówi wprost: nauczycielka mogła zwrócić się do dyrektorki ze swoim wnioskiem w tej sprawie. - Ale uważam, że to byłoby nieskuteczne. My jako fundacja wielokrotnie zwracamy się do dyrektorów szkół z wieloma prostszymi sprawami, a jednak i tak spotykamy się z odmową - mówi Wójcik.

Minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska o całej sprawie, w tym o pozwie i procesie w sądzie, dowiedziała się od nas. - Dla mnie ta sytuacja jest nowa, ale jestem bardzo ciekawa tego procesu - mówi pani minister. Jak mówi, nie ma wątpliwości, że szkoła publiczna powinna być szkołą świecką. Ale dodaje też, że nie chciałaby w szkołach sporów o krzyże. - Wolałabym, żeby nie miały miejsca takie sytuacje, że w świat szkoły wkracza jakaś przemoc, że jedni wieszają krzyże, inni je zdejmują - dodaje Kluzik-Rostkowska.

Ksiądz, etyk: "Pani Grażyna powinna była liczyć się z konsekwencjami"

O komentarz poprosiliśmy też etyka, księdza profesora Alfreda Wierzbickiego z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. - Pani Grażyna powinna była liczyć się z konsekwencjami. Oczywiście nie popieram ostracyzmu środowiskowego ani piętnowania jej - mówi ksiądz. Jego zdaniem środowisko szkoły mogło wyjść naprzeciw temu, co się stało. - Wiele spraw trudnych, konfliktowych udaje się rozwiązać poprzez to, że zaczynamy ze sobą rozmawiać - mówi etyk.

Ale zaraz dodaje, że sam fakt zdjęcia krzyża uważa za niewłaściwy. - Pani Grażyna rozpętała w swojej szkole wojnę ideologiczną, której - jeśli nawet nie chciała - to jednak się jej doczekała - mówi etyk. Podkreśla, że - nie tylko w Polsce - zauważa niebezpieczną tendencję kulturową "oczyszczania przestrzeni publicznej ze znaków religijnych". - Krzyż jest znakiem sakralnym dla ludzi wierzących. I należy tych ludzi szanować - podkreśla ks. Alfred Wierzbicki. Jego zdaniem - gdyby ateiści mieli swoje symbole, swoje znaki - należałoby je traktować z takim samym, należytym szacunkiem. Ale takich symboli nie mają.

Proces o dyskryminację na tle światopoglądowym przed sądem w Opolu ma ruszyć w listopadzie.