Rodzice chorego Antosia błagają o pomoc na Facebooku. Oburzeni internauci zarzucają im oszustwo

Stan półtorarocznego Antosia jest krytyczny. To mogą być jego ostatnie chwile z rodzicami. Wszystko przez rzadki rodzaj nowotworu, którego leczenia nie chciała się podjąć żadna klinika na świecie. Rodzice zmagali się jednak nie tylko z chorobą chłopca. Ludzie zarzucali im, że pieniądze, które zbierają na leczenie syna, chcą sobie przywłaszczyć. - Robili z nas potwory - mówi dla Gazeta.pl matka Antosia.
"Długo zastanawiałem się, czy napisać i jak to ująć, żeby nikogo nie urazić, a mieć pewność, jak to wygląda. Sprawa dotyczy maleńkiego chłopca, który bardzo potrzebuje pomocy - nazywa się Antoni Ratajczyk" - tak zaczyna się wpis zamieszczony kilka dni temu w serwisie Wykop.pl. Jego autor opisuje facebookową zbiórkę pieniędzy na leczenie chłopca, która rozpoczęła się pod koniec sierpnia. Stronę śledzi już ponad 60 tys. osób, a wiele z nich przekazało na leczenie Antosia nawet po 500 zł.

"Wiadomo, że Antoś istnieje, ale..."

"Mimo iż wiemy, że Antoś jak najbardziej istnieje i potrzebuje pomocy, wdarły się wątpliwości, których nikt na utworzonej na Facebooku stronie nie chce wyjaśnić" - pisze "wykopowicz", który zastanawia się, czy pieniądze przekazywane przez ludzi na leczenie Antosia faktycznie będą przeznaczone na ten cel. Sugeruje, że być może ktoś podszywa się pod rodzinę Antosia.

Autora wpisu zastanawia przede wszystkim kwota potrzebna na leczenie chłopca. Administratorzy facebookowej strony oszacowali, że muszą zebrać ok. 600 tys. zł. A skąd się wzięła ta suma, skoro jak dotąd żadna klinika nie chce się podjąć leczenia Antosia, a więc nie mogła jeszcze wycenić swoich usług?

Za pośrednictwem fundacji "Nasze Dzieci" przy Klinice Onkologii Instytutu "Pomnik-Centrum Zdrowia Dziecka" skontaktowaliśmy się z Anną Wolską, mamą Antosia, która wyjaśnia nam okoliczności choroby chłopca i zbiórki na Facebooku.

Matka: Antosia wielokrotnie źle diagnozowano

- Mieszkamy w Puławach. W grudniu zeszłego roku Antoś zaczął strasznie płakać. Wymiotował, z bólu wyrywał sobie włosy z głowy. Chodziliśmy do wielu lekarzy, za każdym razem diagnozowali inną chorobę. Nasza lekarz pediatra powiedziała, że te diagnozy są błędne i skierowała nas do Lublina. Tam Antoś przebywał miesiąc. Lekarz neurolog powiedziała, że jego przypadek to nie problem neurologiczny, a dziecko jest po prostu wystraszone - wspomina Wolska.

- Odesłano nas do psychologa, który pytał, czy nadużywamy alkoholu, czy bijemy się przy dziecku... To było dla nas szokujące i obraźliwe. W końcu po badaniu tomograficznym okazało się, że Antoś ma guza mózgu o wymiarach 9 x 7 x 5 cm. Na drugi dzień nasz syn został zoperowany, do analizy zostały wysłane próbki wyciętego guza. Jednak, choć powiedziano nam, że wysłano je od razu, okazało się, że stało się to dopiero po tygodniu. Dowiedzieliśmy się, że Antoś ma glejaka, a potem okazało się, że to AT/RT - bardzo rzadki guz rabdoidny, co oznacza, że w jednym guzie łączą się jego różne odmiany - tłumaczy mama chłopca.

Guz jest oporny

Wolska dodaje, że jej synek ma rozsiewy w całej głowie. - Zostaliśmy przeniesieni do warszawskiego Centrum Zdrowia Dziecka. Lekarze zaczęli od bardzo agresywnej chemii, ale guz jest oporny. Specjaliści w Polsce nie są w stanie pomóc Antosiowi, ponieważ wcześniej nie mieli styczności z aż tak ciężkim przypadkiem. Z powodu rozsiewów Antosiowi zaczęła się w głowie zbierać woda i w związku z tym kilka dni temu był operowany - mówi kobieta.

Skąd wzięła się kwota 600 tys. zł potrzebnych na leczenie? - Wysłaliśmy bardzo dużo dokumentów do wielu klinik. Odpisywano nam, że ewentualna terapia może kosztować właśnie tyle. Że na te 600 tys. zł powinniśmy być gotowi. Później skontaktowaliśmy się z mamą innego chorego dziecka i jego leczenie tyle właśnie kosztowało. Na początku szukaliśmy klinik w Polsce, żeby było jak najbliżej, ale dowiedzieliśmy się od lekarzy, że właściwie w Europie nikt nie pomoże Antosiowi, bo na całym kontynencie są podobne metody leczenia, a więc powinniśmy szukać gdzie indziej - opowiada mama chłopca.

Kliniki odmawiają leczenia

- Leczenia Antosia odmówiły dwie czy trzy kliniki w Czechach, trzy czy cztery w Niemczech. Leczenia nie chciał się podjąć jeden profesor z USA, odmówiono nam też w Izraelu. Lekarze tłumaczą, że nie umieją leczyć tego nowotworu, nie widzą dla mojego syna szans. Mogą się zapoznać z dokumentacją medyczną Antosia, którą tłumaczymy, korzystając z pomocy znajomych znających języki - dodaje Wolska.

Kobieta wyjaśnia też inne wątpliwości użytkownika Wykop.pl., który pisze: "9 września (na stronie zbiórki - red.) pojawił się post, który brzmiał (mniej więcej - red.): 'każdy bez wyjątku ma wpłacić 29 zł', co podzieliło i zszokowało ludzi, zwłaszcza że po wyliczeniach, jakby rzeczywiście wszyscy wpłacili tę kwotę, zebrano by sumę około 1,250 tys. złotych a więc ponad dwukrotność wcześniej oszacowanych kosztów (wtedy stronę śledziło ponad 40 tys. użytkowników - red.)".

- Z tymi 29 złotymi było tak, że liczyliśmy na to, że jeśli ludzie wpłacaliby mniejsze kwoty na bieżąco, zebralibyśmy 600 tys. zł. Wtedy od razu byśmy poinformowali na Facebooku, że mamy już potrzebną kwotę, zbiórka jest zakończona i wszystkim byśmy podziękowali - wyjaśnia matka Antosia.

"Jątrzy pewne małżeństwo"

Kobieta mówi, że "właściwie od początku akcji ludzie w niewybrednych słowach pisali", że rodzice chłopca chcą pieniędzy dla siebie. - Nie jest tak. Nigdy nie podajemy swojego prywatnego numeru konta, chyba że ktoś chce wysłać pieniądze na pampersy dla Antosia - zapewnia Wolska. - Wszystkie negatywne komentarze na stronie zaczęły się od pewnego małżeństwa, które od początku chciało nam zaszkodzić - dodaje.

- Ci ludzie zaczęli robić fałszywą nadzieję śledzącym naszą zbiórkę. Pisali, że kontaktowali się z dwiema klinikami, które już mają miejsce dla Antosia. Robili z nas potwory, które nie chcą leczyć własnego dziecka. A my zadzwoniliśmy do tych klinik i usłyszeliśmy, że nie są w stanie pomóc naszemu synowi. Ani mąż, ani ja nie znamy tego małżeństwa, rozmawialiśmy tylko przez telefon. Oni do tej pory wypisują różne rzeczy; widać nie mają swoich problemów i sprawia im przyjemność robienie bałaganu w czyimś życiu - mówi Wolska.

Kobieta jest kucharzem, a tata Antoniego, Łukasz, pracował w firmie zajmującej się systemami alarmowymi. Obecnie żadne z nich nie pracuje w związku z chorobą Antosia, przy którym są cały czas. Utrzymują się dzięki pomocy rodziny. Mają też zasiłek w wysokości trochę ponad tysiąca złotych miesięcznie.

"O wszystkim informuję na Facebooku"

Strony na Facebooku nie prowadzą profesjonaliści, stąd mogą wynikać ewentualne nieścisłości, które zastanawiają użytkownika Wykop.pl. Na pomysł nagłośnienia zbiórki pieniędzy przez portal społecznościowy wpadły znajome Wolskiej, panie Michalina i Hania, których dzieci też zmagają się bądź zmagały z ciężkimi chorobami. Na bieżąco stronę prowadzi głównie pani Jolanta, kuzynka Wolskiej. To przede wszystkim ona walczy z negatywnymi komentarzami użytkowników wątpiących w uczciwość założycieli strony, na której figurują trzy numery kont - dwa polskie i jedno dla wpłat z zagranicy - gdzie można przelewać pieniądze dla Antosia.

- Tych numerów jest tyle, dlatego że o pomoc zwróciliśmy się najpierw do fundacji "Zdążyć z Pomocą", od której numer konta dostaliśmy dopiero po dwóch czy trzech tygodniach. Zależało nam na czasie, a więc jednocześnie poprosiliśmy o pomoc fundację "Nasze Dzieci", która działa przy Klinice Onkologii CZD. Tu numer konta dostaliśmy od ręki. Na tym koncie są na pewno już 253 tys. złotych. Czy wciąż pojawiają się nowe wpływy, trudno powiedzieć, bo fundacja księguje je co miesiąc i nie możemy na bieżąco tego monitorować. Jeśli chodzi o drugie konto, będę się kontaktowała z prowadzącą je fundacją, by zapytać, jakie środki na nim zgromadzono. Kiedy się dowiem, jaka to kwota, natychmiast podam ją na Facebooku. A jeśli niczego nie ustalę, też o tym poinformuję - obiecuje Wolska.

"Rodzice nie mają styczności z pieniędzmi z fundacji"

Dziś na stronie zbiórki pojawił się poruszający wpis. "Antoś jest w stanie krytycznym. Rodzice są razem z nim. Czas, który aktualnie poświęca mu rodzina, może okazać się ich ostatnią chwilą...". W tej dramatycznej sytuacji rodzą się kolejne pytania, m.in. co dzieje się z pieniędzmi zgromadzonymi na czyjeś leczenie, jeśli tej osoby nie uda się uratować. Czy rodzice chorego dziecka mogą swobodnie dysponować środkami i możliwe są jakieś nadużycia z ich strony?

- Za każdym razem, kiedy rodzice potrzebują pieniędzy, muszą przedstawić konkretny cel, na który będą one przekazane. Najpierw sami finansują potrzeby małego pacjenta, potem wysyłają nam fakturę, a my ją weryfikujemy. Dopiero wtedy zwracamy im pieniądze - wyjaśnia Monika Sadowa, rzeczniczka prasowa fundacji "Zdążyć z Pomocą".

- Jeżeli chodzi o zapłatę za zabieg czy leczenie w klinice, przeważnie jest to duża kwota, której rodzice nie są w stanie pokryć sami. Wtedy piszą podanie, a my po jego rozpatrzeniu wysyłamy pieniądze na konto danego ośrodka. Rodzice nie mają z nimi styczności. Jeżeli jakiegoś dziecka nie udaje się uratować, a pieniądze zostają na koncie, najczęściej jest tak, że rodzice przekazują je na inne dziecko. Mogą też z nich pokryć koszty związane z pogrzebem, czy zamknąć różne inne sprawy związane z dzieckiem, ale zawsze dzieje się to za naszym pośrednictwem i nie ma możliwości, by rodzice korzystali z tych pieniędzy bez naszej wiedzy - dodaje Sadowa.

"Gwarancja transparentności"

Podobnie jest w fundacji "Nasze Dzieci". - Żaden z rodziców nie posiada bezpośredniego dostępu do konta, nie ma więc możliwości wypłacenia zebranych środków bez wiedzy Fundacji. Podpisując umowę, rodzice podopiecznego nie otrzymują oddzielnego konta bankowego, tylko subkonto księgowe do rachunku bankowego Fundacji. Rodzice naszych podopiecznych zbierają środki na refundację kosztów dodatkowych związanych z leczeniem i pomoc społeczną - mówi koordynator Fundacji Emilia Zyskowska.

- Zebrane środki są rozliczane na podstawie dostarczonych przez rodziców dokumentów, które stanowią potwierdzenie poniesionego kosztu. Pieniądze są przelewane na konto rodzica wskazane w umowie, w związku z czym każdy przelew jest widoczny w systemie bankowym. Gwarantuje to transparentność w przekazywaniu środków - wyjaśnia.

Pieniądze nie przepadają

- W przypadku śmierci dziecka, po zrefundowaniu rodzinie wszystkich dodatkowych kosztów związanych z leczeniem i pomocą społeczną, pozostałe środki zostają przekazane na cele statutowe Fundacji. Fundacja realizuje również wolę rodzica, jeżeli zechce on przekazać środki na rzecz innego podopiecznego Fundacji - dodaje koordynatorka.

Co należy do wspomnianych celów statutowych? - Jest to pomoc pacjentom i ich rodzinom, umilanie pobytu pacjentów w oddziale (organizacja imprez, wycieczek, warsztatów), opłacenie posiłków i kosztów noclegów rodzica przy dziecku, zakup sprzętu, leków, środków opatrunkowych, poprawa warunków socjalnych rodziców przebywających z dziećmi w oddziale (remonty łazienki, kuchni, zakup sprzętu AGD, leżaków itp.). Fundacja każdego roku organizuje również kolonie - Wakacyjna Kropla Szczęścia dla podopiecznych w trakcie leczenia i po leczeniu onkologicznym - wymienia Zyskowska.

Aktualne informacje o stanie zdrowia Antosia znajdziecie tutaj >>> i tu >>>

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!

Więcej o: